Kategoria: wywiady fkn

  • Poznaj architekturę swojej komunikacji

    Poznaj architekturę swojej komunikacji

    Rozmowa z Aleksandrą Mrowiec – Architektką Komunikacji 

     

     

    Joanna Pastuszak – Cybulska: Mówisz o sobie, że jesteś „architektką komunikacji”. Co dokładnie robisz i jak pomagasz swoim klientom?

    Aleksandra Mrowiec: Pomagam klientom w trzech obszarach. Po pierwsze, osobom prowadzącym swoje biznesy, którzy nie do końca potrafią opowiedzieć o tym, czym się zajmują. Pomagam im identyfikować ich styl działania i docierać do odpowiedniej grupy klientów. Wspieram ich w planowaniu strategii komunikacji, uczę opowiadać historie i występować publicznie. Druga grupa to osoby indywidualne, które stoją przed wyzwaniem, np. przedstawieniem dużego projektu przed nowym audytorium.

    Trzecią grupą są pracownicy korporacji, którzy występują na scenie często, mają w tym praktykę, ale potrzebują nadać szlif swoim prezentacjom, chcą nauczyć się nowych technik. Pracujemy wtedy indywidualnie lub szkolę całe zespoły.

     

    Czyli pomagasz klientom wchodzić w obszar storytellingu?

    Wierzę w to, że opowiadanie historii jest esencją wystąpienia publicznego. Nie wyobrażam sobie, aby wystąpienie było tylko przedstawienim suchych faktów i informacji. Nie jesteśmy w stanie zainteresować ludzi wyłącznie danymi i faktami, niezależnie od tego, z kim mamy do czynienia. Żeby przedstawić trudne informacje, potrzebujemy je w jakiś sposób „ubrać”, aby odbiorcy zrozumieli, po co w ogóle im to opowiadamy.

    Zetknęłam się ze storytellingiem trochę przez przypadek, kiedy sama dla siebie poszukiwałam sposobu na zaciekawienie słuchaczy. Zastanawiałam się co zrobić, aby oni zechcieli spędzić na szkoleniu te kilka godzin i z uwagą mnie słuchać. Postawiłam sobie cel, aby to co nieciekawe i nużące, było dla nich wyjątkowe, wciągające. Na tamten moment, to było dla mnie działanie intuicyjnie, a teraz, po niemal piętnastu latach praktyki i szkoleń, stanowi podstawę mojej pracy.

     

    Sprecyzuj proszę, czym dokładnie jest storytelling?

    Storytelling, czyli opowiadanie historii. Jak to w historii mamy bohatera, jego cel, problem lub problemy i rozwiązanie. Brzmi prosto, ale wcale proste nie jest. Dlatego warto się uczyć i praktykować tę umiejętność. Dzięki historii znacznie łatwiej jest nam przypisać, a odbiorcy zrozumieć wartość tego, o czym opowiadamy.

    W ogóle „wartość” to takie słowo XXI wieku. Niemal wszyscy mówią „dawaj wartość”, „przekazuj wartość”, „to musi być wartościowe”. Wartość to tak naprawdę mówienie o użyteczności danej rzeczy. Jeśli odbiorca zobaczy wartość dla siebie, tzn. że już wygrałaś. Opowiadanie historii ma właśnie w tym pomóc. Samo mówienie, że masz super produkt albo świetne szkolenie, to nie jest skuteczny przekaz.

    Większość ludzi nie wie czego dokładnie potrzebuje. Dlatego za pomocą opowieści jesteśmy w stanie o tym zakomunikować i przedstawić swoją ofertę tak, aby potencjalny klient się utożsamił z tym, o czym mówimy.

     

    A do czego można wykorzystać takie opowiadanie historii?

    Uważam, że storytelling biznesowy można zastosować praktycznie wszędzie.

    Marketing, sprzedaż – w nich na co dzień wykorzystujemy historie marki albo klientów. To one budują wiarygodność. Oczywiście nie tylko. Jesteśmy również w stanie znaleźć sposób na zmobilizowanie zespołu stojącego przed trudnym wyzwaniem. Można to robić strachem – „jeśli nie zrobicie, wylatujcie z pracy”. Ale można też zrobić to mądrzej – opowiedzieć historię, która pozwoli im zrozumieć wyzwanie i pokaże jaka jest ich rola w rozwiązaniu. Jest w tym też wyjaśnienie dlaczego oczekujemy, że ludzie będą pracować ciężej, dłużej, z większym zaangażowaniem niż dotychczas.

     

    Celem Fundacji Kobieta Niezależna jest promowanie różnych scenariuszy na niezależność. Jak komunikacja może pomóc w budowaniu niezależności?

    Niezależność możemy rozpatrywać m.in. na poziomie mentalnym, osobistym, biznesowym, w związku. Ja wspieram klientów w obszarze biznesowym. Od szlifowania wystąpień publicznych, prezentacji aż po pracę nad strategią komunikacji. A te obszary i kompetencje z kolei są potrzebne, aby tą niezależność budować.

     

    Czy z budowaniem marki na poziomie komunikacji, wiąże się też spójność wizerunkowa? Chodzi mi o sytuację, gdy np. kobieta w typie „dziewczyny z sąsiedztwa” na swojej produktowej stronie internetowej posługuje się językiem wysublimowanym, patetycznym mając nadzieję, że dotrze tym przekazem do klienta klasy premium?

    Warto, by na początku budowania marki odpowiedzieć sobie m.in. na pytanie – kim chcę być dla mojego klienta? Na tej podstawie ustalasz język komunikacji. Pomogą Ci w tym archetypy marki, które stanowią jej osobowość. Ta osobowość, czyli sposób w jaki zachowasz się, jak zareagujesz, jak będziesz mówić do klienta, jak będziesz przedstawiać ofertę, jak zareagujesz na kryzys. Przyjmujesz wzorce zachowań i jeśli robisz to świadomie, to masz spójną komunikację.

     

    Mówi się, że z danej wypowiedzi zapamiętujemy zwykle 10-15% treści. Co zrobić, aby być zapamiętanym?

    Tu warto zwrócić uwagę na sposób, w jaki działają nasze mózgi. W każdej sekundzie odbieramy niezliczoną ilość informacji. Żeby je przetworzyć musimy iść na skróty, czyli stosować tzw. oszczędność poznawczą. Ten proces to nic innego jak ciągłe upraszczanie informacji, bazowanie na „zdrowym rozsądku”. Ja też idę teraz na skróty, aby dojść do tej jednej wskazówki, która zakłada, że skoro wiemy, jak funkcjonuje ludzki mózg, to wiemy, że lubi „łatwość poznawczą”. Chcemy łatwo przetworzyć daną informację i zrozumieć, co ona dla nas oznacza. Zakładając więc, że komunikat wpadnie w ten schemat, to odbiorca go zrozumie. Jeśli nie, to zaczynamy pracę od początku.

    Sama łatwość poznawcza komunikatu to jednak za mało. Trzeba jeszcze czymś przykuć uwagę. I tu z kolei pomogą nam emocje. Zresztą, tu doskonale pasują słowa Mai Angelou, amerykańskiej poetki i pisarki: „Ludzie zapomną, co powiedziałeś, ale nigdy nie zapomną tego, jak się dzięki tobie czuli”.

    Przy natłoku informacji zapamiętujemy małą cząstkę tego, co usłyszeliśmy. Inaczej jest gdy w grę wchodzą emocje. Jeśli np. 17 lipca 2003 roku nie wydarzyło się nic ważnego, to nie zapamiętasz tego dnia w żaden szczególny sposób. Inaczej jest z 11 września 2001 roku, który u milionów ludzi na całym świecie spowodował gwałtowny przepływ rozmaitych emocji.

    Podsumowując – dobry komunikat to taki, który jest łatwy do przetworzenia i wywołuje emocje. Czy to wystarczy, aby ludzie zapamiętali? Na pewno to dobry początek.

     

    A czy na bazie swojego doświadczenia możesz powiedzieć, że komunikacji i występowania na scenie może nauczyć się każdy? Chodzi mi szczególnie o osoby nieśmiałe, lub zamknięte w sobie?

    Myślę, że każda osoba powinna sobie zadać pytanie – czy ja tej umiejętności potrzebuję? Bo przecież nie każdy musi być w tym zakresie mistrzem. Nie żyjemy na pokaz, ani po to, by spełniać cudze oczekiwania.

    Poza tym, poziom szlifu tych kompetencji będzie uzależniony od tego, jak będziemy z nich korzystać – czy to będzie nasze źródło zarobków, czy raczej sporadycznie wystąpimy publicznie z życzeniami na weselu kuzyna.

    Jeśli już zgłasza się do mnie klient, to najczęściej jest przekonany, że potrzebuje mojego wsparcia. Ma określony cel i razem nad jego osiągnięciem pracujemy. Osobiście jestem zwolenniczką podejścia aby robić to, co jest nam potrzebne, bazować na swoich zasobach i wykorzystywać talenty.

     

    Czy styl komunikacji zmieniał się także u Ciebie?

    Oczywiście. Miały na to wpływ lata doświadczeń zawodowych i osobistych. Na początku mojej zawodowej drogi bazowałam na intuicji. Z biegiem lat, rozwojem kompetencji w obszarach komunikacji i wystąpień publicznych, przychodziły doświadczenie, a wraz z nim rosła pewność siebie. To przekładało się na sposób, w jakim się komunikowałam. Pamiętam taki moment w życiu, gdy uzmysłowiłam sobie, że ludzie oceniają mnie pozytywnie, a ja sama wobec siebie nie umiałam tego robić, byłam krytyczna i stawiałam sobie bardzo wysokie wymagania. Z jakiegoś powodu cały czas myślałam, że oni mają w tym ukryty cel, że jest w tym tzw. drugie dno.  I kiedy w końcu to do mnie dotarło, nastąpił przełom. Mówię o tym symbolicznie, choć nie wydarzyło się to „pewnego dnia”. To był proces.

    Dużo dały mi też szkolenia. Choćby te prowadzone przez Kamilę Rowińską. To wtedy zdecydowałam się na rozwijanie marki osobistej. To był również kolejny etap zmian w obszarze komunikacji.

     

    Zaczęłaś uczyć tego, co sama umiesz skutecznie realizować, czyli po prostu precyzyjnie wypowiadać się?

    Jestem przede wszystkim praktykiem. Przekazuję wiedzę, którą zdobywałam w praktyce, a nie podczas nauki na studiach, szkoleniach czy wyłącznie z przeczytanych książek. Nie neguję tych ostatnich, bo bez nich trudno byłoby się rozwijać. Ale sama teoria to moim zdaniem za mało. To jest moje podejście do bycia trenerem, edukatorem.

    Zanim powstała marka „Architektka Komunikacji”, przygotowałam mapę myśli, wypisałam wszystkie umiejętności, kompetencje, talenty i zasoby jakimi dysponuję. Spojrzałam na efekt i uświadomiłam sobie, że mogę tą wiedzą dzielić się z innymi. Spośród wszystkich opcji, zdecydowałam się wybrać komunikację i wystąpienia publiczne jako projekt, który dostarczy moim klientom najwięcej wartości. W tym dostrzegałam potencjał i moja intuicja potwierdziła się.

     

    Dziękuję Ci za Twoją opowieść o samej sobie.

     

    Aleksandra Mrowiec – w sieci znana jako Architektka Komunikacji.

    Pomaga przedsiębiorcom, markom osobistym i pracownikom organizacji uprościć ich komunikację, zmienić nudne i przegadane prezentacje w ciekawe opowieści. Z nią zbudujesz pewność siebie przed kamerą i przygotujesz autoprezentację, która Cię wyróżni z tłumu. Pomaga błyszczeć przed kamerą i wywoływać na scenie online i offline efekt WOW!

    www.architektkakomunikacji.pl

    www.architektkakomunikacji.shop

    https://www.facebook.com/architektkakomunikacji

    https://www.instagram.com/architektka_komunikacji/

  • Masz prawo próbować jeszcze raz

    Masz prawo próbować jeszcze raz

    [et_pb_section admin_label=”section”]
    [et_pb_row admin_label=”row”]
    [et_pb_column type=”4_4″][et_pb_text admin_label=”Text”]

    Rozmowa z Kamilą Kozioł i Agnieszką Pawłowską, psycholożkami i autorkami książek 

     

    Joanna Pastuszak – Cybulska: Jakie są konkretne zadania coacha?

    Kamila Kozioł: Każdy coach powinien mieć własną specjalizację zagadnień, jakimi się zajmuje, dlatego z pełną odpowiedzialnością mogę mówić tylko o tym, w jakich wyzwaniach pomagam ja.

    Głównie, wspieram kobiety w pracy nad budowaniem pewności siebie i poczucia własnej wartości. Te przekonania na swój temat są kluczowe do tego, aby realizować cele. Nie zrealizujesz celu, jeśli nie wierzysz, że możesz go osiągnąć.

    Nie zrealizujesz nic po porażce, jeśli nie masz poczucia odniesionego sukcesu. Jednak, bez względu na poczucie sukcesu czy porażki, masz prawo probować jeszcze raz. Dążyć do urzeczywistnienia swoich marzeń.

     

    Czy coach musi mieć wiedzę psychologiczną?

    Kamila: Osobiście, pracuję jako coach, ale bardzo mocno współpracuję ze swoim kierunkowym wykształceniem psychologicznym. W swojej pracy wykorzystuję wiedzę psychologiczną, zwłaszcza w umiejętności rozmowy psychologicznej. Wiem, że to pomaga wzmacniać się mentalnie i psychicznie moim klientom, dzięki czemu mogą realizować swoje cele zawodowe i prywatne.

    Jeśli muszę polecić komuś kogoś innego niż ja, to decyduję się polecać coacha, który ma wykształcenie psychologiczne. Wiedza na temat procesów, schematów w działaniu, blokad to tylko niewielkie elementy kursów czy studiów coachingowych. Natomiast na psychologii, zagadnienia te zajmują wiele lat systematycznej i dogłębnej nauki.

     

    A czy mindfulness też pomaga w precyzowaniu swoich życiowych i zawodowych celów?

    Agnieszka Pawłowska: Mindfulness pomaga nam zatrzymać się i szczerze przyjrzeć temu, co „nam w duszy gra”. To wsłuchanie się w siebie z ciekawością i bez oceniania, a tylko w takim środowisku mamy szansę rzeczywiście dostrzec swoją wartość, marzenia, lęki, cele.

    Gdy uważnie przyjrzymy się swoim potrzebom i doświadczeniom, często okazuje się, że zamiast swoich celów, realizujemy takie, które zostały narzucone nam przez otoczenie lub nawet przez nasze własne koncepcje na temat tego jakie/jacy powinniśmy być. Dobrze jest obejrzeć to z życzliwością i zapytać siebie samej/samego w jakim kierunku rzeczywiście chcę iść?

     

    Czy udział w terapii uniemożliwia sesje coachingowe?

    Kamila: Absolutnie nie, terapia nie przeszkadza w tym, aby rozwijać się z coachem czy psychologiem podczas sesji. To może działać dwutorowo. Terapeuta nie pracuje nad realizacją celów, lecz np. nad wiarą w siebie, prokrastynacją w tym konkretnym przypadku, uwzględniając daną psychiczną trudność czy zaburzenie. Natomiast coach pracuje zwykle nad celem, który należy osiągnąć.

     

    Jak podczas sesji coachingowych można budować niezależność?

    Kamila: Podczas pracy ze mną, pracuje się przede wszystkim nad niezależnością mentalną. Niezależność ma wiele płaszczyzn i poziomów, jednak ten mentalny poziom jest najgłębszy. Od niego wychodzi umiejętność budowania relacji, asertywność, niezależność finansowa, samodzielność. Tylko dzięki temu, że najpierw pracowaliśmy nad mentalnością, wzmocnieniem pewności siebie i poczucia własnej wartości, jesteśmy w stanie zbudować każdy inny poziom niezależności.

     

    Jak w budowaniu niezależności pomaga obdarzanie siebie uważnością?

    Agnieszka: Każdy z nas może definiować niezależność trochę inaczej. Dla mnie, to w dużej mierze możliwość podejmowania świadomych, zgodnych ze sobą, decyzji. To uwolnienie się od szkodliwych schematów i automatycznych reakcji, które potrafią przejąć nad nami kontrolę i których później zwykle żałujemy.

    Uważność pomaga nam świadomie odpowiadać na to, czego doświadczamy. Co to oznacza? Jeśli przed podjęciem decyzji lub działania najpierw zatrzymam się choćby na moment i z uważnością sprawdzę czego w tej chwili doświadczam: jak reaguje moje ciało, jakie myśli pojawiają się w głowie, jakie emocje mi przy tym towarzyszą, to dostanę mnóstwo wskazówek, co jest w tej sytuacji dla mnie ważne, czego się obawiam i w jakim kierunku chcę iść.

    Te odpowiedzi są w nas – potrzebujemy tylko nauczyć się ich słuchać.

    A gdy już znamy odpowiedź, to mamy realną szansę, by zadziałać niezależnie od schematów, za to zgodnie ze swoimi wartościami.

     

    Czy są jakieś cechy osobowości, które sprzyjają osiągnięciu niezależności lub utrudniają jej zbudowanie?

    Kamila: Osobowości nie da się zmienić. Można ją ulepszyć, wzmocnić, ale nie zmienić.

    Gdyby były cechy osobowości, które sprzyjają lub nie sprzyjają osiąganiu niezależności, to osoby,  które nie posiadają tych cech, byłyby z góry na przegranej pozycji. W tym pytaniu chodzi raczej o nabycie umiejętności, które pomagają w osiąganiu niezależności przez kobiety. A umiejętności są takim komponentem, który może posiąść każda z nas, bez względu na to czy dzisiaj je ma, czy jeszcze nie.

    Czynnikami, które ułatwiają budowanie niezależności, są zarówno systematyczna praca, wiara w siebie, determinacja czy głęboka potrzeba realizacji siebie. Jeśli te komponenty są obecne, to osiągniecie celu jest tylko kwestią czasu i umiejętnością jego wypracowania.

     

    Co trzeba zrobić, żeby nabyć te umiejętności?

    Kamila: Trzeba być systematycznym, mieć wizję tego, co chcemy osiągnąć, pracować nad tym wytrwale, wykonywać nasze obowiązki cyklicznie, powtarzać je aby stały się nawykiem. Niezależność można, a nawet trzeba wypracować.

    Obserwuje się to u osób, które coś przeżyły i wyszły z tego z poczuciem zwycięstwa. Jeśli człowiek nie jest arogancki, lecz po prostu świadomy swoich osiągnięć, to po prostu wierzy w siebie, ma pewność, że poradzi sobie na różnych płaszczyznach, znajdzie rozwiązanie. Jest niezależny na poziomie myśli i decyzji, bo zna siebie na tyle, by wiedzieć, że da sobie radę w różnych warunkach. Pewnie był w wielu sytuacjach, w jakich wyćwiczył w sobie tę pewność.

     

    Czyli w budowaniu niezależności pomaga pewność siebie?

    Kamila: Pewność siebie jest komponentem, który wzmacnia się w oparciu o umiejętności i doświadczenia.

    Poczucie własnej wartości to ocena samej siebie jako istoty, osoby. Jest to poczucie, że jestem OK-ej, jestem godna miłości, mogę dać miłość, jestem godna szacunku, okazuję też szacunek innym. Jestem tak samo ważna, jak wszyscy inni na tym świecie i mam takie same prawa jak oni.

    Natomiast pewność siebie dotyczy umiejętności, zależy od tego, czy coś potrafię czy nie potrafię. I jeśli potrafię, to w jakim konkretnym obszarze jestem pewna siebie. Dla przykładu, jestem pewna siebie w pieczeniu ciast, zakładając, że jest to moja specjalizacja, że zajmuję się artystycznym wypiekiem tortów. Ale mogę się nie czuć pewnie w rozmowie na temat czarnej dziury w kosmosie, astronomii i tego jak będziemy kiedyś osiedlać Marsa. Bo mogę się przecież na tym nie znać. Jednak w niczym nie ujmuje to mojej wartości i mojemu przekonaniu, że jestem w porządku. Mam prawo czegoś nie wiedzieć, i nadal jestem OK-ej.

    Aby zbudować swoją pewność siebie, musimy sobie odpowiedzieć na pytanie – jakich umiejętności potrzebuję, aby czuć się pewną siebie w tym konkretym temacie, w którym chcę się czuć pewnie. Czyli innymi słowy, jakich umiejętności potrzebuję, aby np. dobrze się prezentować przed publicznością, prowadzić small talk.

    Jeśli już znamy odpowiedź, wiemy wtedy jakie umiejętności potrzebujemy wzmocnić, czego się nauczyć, doświadczyć, aby zbudować pewność siebie w danym temacie.

    W oparciu o doświadczenia i pierwsze małe efekty, możemy wzmacniać pewność siebie. To zawsze jest proces, a nie jednorazowe działanie.

     

    Będąc w działaniu, istnieje ryzyko popełnienia błędu. Jak bardzo można być dla siebie wyrozumiałym i dawać sobie drugą szansę na poprawę czegoś w swoim zachowaniu? Czy jest jakaś granica poza którą nie można wychodzić, aby nie stać się względem siebie zbyt pobłażliwym?

    Agnieszka: Dotykamy tutaj istotnego wątku, jakim jest self-compassion, czyli „samowspółczucie”. Polskie tłumaczenie nasuwa sporo negatywnych skojarzeń, takich jak użalanie się nad sobą, pobłażliwość, poddanie się. Tymczasem samowspółczucie, to nasza ogromna siła, pomagająca budować stabilne poczucie własnej wartości i osiągać istotne dla nas cele. Oznacza ono bowiem życzliwość wobec siebie bez względu na to czy w danym momencie osiągamy sukces czy ponosimy porażkę, czy sytuacja, w której się znaleźliśmy jest przyjemna czy trudna. Ofiarowujemy sobie zrozumienie i wsparcie tak, jak zrobilibyśmy to wobec naszego najlepszego przyjaciela.

    Co ciekawe, takie podejście pomaga nam nie tylko szybciej podnosić się po porażce, ale także więcej nauczyć się z danego doświadczenia i chętniej podejmować kolejne wyzwania, niż przy postawie krytykującej i poniżającej samego siebie.

    Samoocena oparta na efektach naszych działań jest niestabilna i opuszcza nas, gdy najbardziej jej potrzebujemy. Samowspółczucie wspiera nas zawsze, pomagając nam budować wiarę w siebie i poczucie własnej wartości bez względu na zewnętrzne okoliczności i opinie innych ludzi.

    Nie słyszałam o tym, by taką przyjaźń można było przedawkować 😉. 

     

    Uważność wydaje się być dedykowana do osób, które są refleksyjne, mają zdolność głębokiej introspekcji. Czy dla ekstrawertyków również może to być ścieżka rozwoju osobowościowego?

    Agnieszka: Uważność jest fantastyczną ścieżką rozwoju dla każdego z nas. Nie ma jednej uniwersalnej techniki dotyczącej praktyki uważności, ani poziomu, jaki musimy osiągnąć, by dostrzec zauważalną różnicę. Każdy ma szansę odnaleźć swój sposób na zatrzymanie, uważne wsłuchanie się w siebie, bardziej świadome doświadczanie swojego życia.

    Często jest tak że nawet drobna zmiana i krótkie momenty praktyki dają ogromne efekty.

    Paradoksalnie osoba, która na co dzień pędzi, realizuje kolejne zadania, jest stale otoczona ludźmi i niecichnącym hałasem, dzięki uważności może odkryć całkiem nową jakość swojego życia.

    Oczywiście im dłużej praktykujemy, tym mamy szansę wejść w głębszy kontakt ze sobą i odkryć to, co być może w nas skrupulatnie ukryte. Jednak prawda jest taka, że nie każdy z nas jest na to gotowy i nie każdy tego potrzebuje.

    Natomiast z korzyści, jakimi są m.in. większy spokój, lepsza koncentracja, życzliwsze wsłuchiwanie się w swoje potrzeby i wartości, odważniejsze podążanie za tym, co dla nas ważne, zaciekawienie się sobą, drugim człowiekiem i otaczającym nas światem, możemy korzystać wszyscy.

    Uważność, to bowiem zasób dostępny dla każdego z nas.

     

     

    Dziękuję Wam za serdeczną i uważną rozmowę.

     

     

    O Autorkach:

    Kamila Kozioł: psycholog, certyfikowany coach i autorka książek (m.in. „Dziennika Coachingowego”). Specjalizuje się w pomaganiu kobietom we wzmacnianiu poczucia własnej wartości, pewności siebie w oparciu o psychologię pozytywną, emocje, neuropsychologią i techniki coachingowe. Prowadzi kanał YouTube, bloga oraz Instagram i Facebook.

    Agnieszka Pawłowska: psycholożka, certyfikowana nauczycielka mindfulness (MBSR) oraz nauczycielka i superwizorka compassion (MBCL), a także trenerka Mind-Body Bridging, Coach ICC oraz Mindfulness Life Coach. Przeszkolona w zakresie Trauma-Sensitive Mindfulness, Mindfulness in the Workplace oraz w uważniej pracy z dziećmi i młodzieżą. Autorka programu wdrażania uważności do szkół oraz serii książek dla dzieci „Kraina Uważności”. Pracuje z dorosłymi nad ich osobistym rozwojem, a także nad tym, jak mogą wspierać swoimi działaniami zdrowy rozwój młodego pokolenia. Znajdziesz ją na jej stronie www www.agnieszka-pawlowska.com lub facebooku: www.facebook.com/livemindfullier .

    [/et_pb_text][/et_pb_column]
    [/et_pb_row]
    [/et_pb_section]

  • Niezależność, to zaufanie do siebie

    Niezależność, to zaufanie do siebie

    Rozmowa z Patrycją Ulewską i Klaudią Wawrzyniak – właścicielkami marki TinyTattoo.

     

    Joanna Pastuszak – Cybulska: Zacznijmy od waszej przyjaźni. Skąd się znacie?

    Klaudia: Znamy się ze szkoły, z gimnazjum. W zeszłym roku miałyśmy osiemnastkę naszej przyjaźni, więc jest ona już dojrzała.

    Jak to osiągnęłyście, że Wasza przyjaźń wciąż trwa?

    Klaudia: Kiedy rozpoczynała się nasza znajomość, to nie było oczywiste, że to jest przyjaźń do końca życia. To jest dla nas naturalna trwałość, bo my się po prostu uzupełniamy. Z pozoru wydaje się, że jesteśmy podobne, bo mamy zbliżone wartości, tok myślenia, ale tak naprawdę jesteśmy różne. Dlatego to tak dobrze funkcjonuje, bo się uzupełniamy.

    Patrycja: Wypracowałyśmy sobie pewne schematy funkcjonowania. Teraz, gdy już jesteśmy mamami, dorosłymi kobietami, to podchodzimy do tej relacji na poważnie. Wcześniej traktowałyśmy to instynktownie. Miałyśmy czas, gdy chwilę nie trzymałyśmy się razem, nasze drogi rozchodziły się, by potem znów zejść w jakimś punkcie.

     

    A jak to wyszło z firmą – skąd pomysł na połączenie sił w biznesie?

    P: Zanim zaczęłyśmy współpracę, pracowałam w branży już sześć lat. Moja pierwsza firma, to była stacjonarna pracownia szycia na miarę, zatrudniałam dwie krawcowe, a sama projektowałam. To doświadczenie w pracy z Klientkami przy szyciu autorskich projektów sukienek, płaszczy, a finalnie również sukien ślubnych to była dla mnie najlepsza lekcja projektowania i zarządzania w jednym. Równolegle, testowo zdecydowałam się rozpocząć pracę nad obecną firmą, w modelu brandu internetowego. Zobaczyłam w tym potencjał, zobaczyłam, że taki model pracy pozwala mi łączyć moją pasję i pracę z życiowymi rolami mamy i żony. Zamknęłam wtedy stacjonarną pracownię. Zaszłam w ciążę, a miesiąc po mnie również Klaudia oświadczyła, że spodziewa się dziecka.

    W nowej firmie byłam sama. W pierwszym okresie po porodzie, kiedy np. pakowałam paczki z zamówieniami, pomagała mi w tym Klaudia. Było to fajne i przyjemne. Po kilku miesiącach mnie olśniło, bo zobaczyłam, że tak jak się uzupełnimy w życiu, firmowo również działało nam się dobrze. Klaudia uzupełniała moje administracyjne braki. Miałam wtedy przekonanie, że sama nie rozwinę tej firmy w takim stopniu, jakie były plany, a Klaudii świetnie wychodziło analityczne zarządzanie, więc po wielu przemyśleniach, zwróciłam się do niej z propozycją, aby do mnie dołączyła.

    Wahałam się, bo nie chciałam ryzykować naszej przyjaźni, a czasem taki projekt niestety nie wychodzi. Zależało mi też na tym, aby rozłożyć zadania w firmie w zgodzie z naszymi talentami, abyśmy obie mogły się w niej realizować. Gdy Klaudia zgodziła się na partnerstwo, to zdecydowałyśmy o rebrandingu. W ciągu pół roku zmieniłyśmy w firmie niemal wszystko, łącznie z filozofią marki. I potem wyruszyłyśmy już razem we wspólną drogę na nowych warunkach.

     

    Co jest w tej chwili waszym firmowym celem?

    P: Chcemy być marką modową, nie ograniczać się tylko do podstawowych elementów szafy, ale chcemy tworzyć modę w szerszym kontekście. Naszym celem jest robić to w zgodzie ze sobą, na własnych zasadach, bez scenariuszy trendowych. Polska moda kojarzona jest przede wszystkim z Warszawą, a my chcemy tworzyć to tu, w Kwidzynie, łącząc pracę z naszym spokojnym życiem w małym mieście, które bardzo nam odpowiada. Chcemy pracować profesjonalnie, ale na naszych warunkach.

     

    Zauważyłam, że charakterystyczne są dla was czarno-białe kolory. Czy to ma być wasz wyróżnik?

    P: Nasza marka to my, a my na co dzień nie jesteśmy „świecące”, cekinowe, kolorowe, lubimy bardziej stonowane barwy, kolory ziemi. Zasada jest taka, że najpierw chcemy zbudować bazę podstawowych elementów garderoby, a dopiero później, gdy projekty zostaną dobrze przyjęte przez klientki, nadamy im nowe wersje kolorystyczne. Poza tym, nasz biały, to nie jest „zwykły biały” 🙂 . Nasz „milky white” to jest mleczny odcień bieli, idący delikatnie w ciepły, w którym każda kobieta będzie czuć się dobrze. Szukanie „naszej bieli” trwało pół roku. Aby uszyć koszulę, szukałyśmy odpowiedniego tonu bieli, składu materiału na którym ten konkretny kolor będzie się prezentować zgodnie z naszą wizją. Dlatego śmiejemy się, że biel jaką proponujemy, to jest bardzo dobrze przemyślana i wypracowana koncepcja.

     

    Czyli chcecie znaleźć uniwersalne kolory, w jakich zarówno chłodny, jak i ciepły typ urody będzie się świetnie prezentował?

    K: Filtrujemy te kolory przez swoje postrzeganie, pytamy same siebie, czy my czułybyśmy się w tym dobrze.

    P: Nasza biel jest szlachetna, każdy będzie w niej wyglądać doskonale. Szyłam kiedyś suknie ślubne i moje doświadczenie pokazało mi, że mało kto wygląda dobrze w ubraniach o ultra białej barwie, wręcz sinej. Dlatego też zdecydowałyśmy się znaleźć dla naszych projektów dokonały odcień, który będzie świetnie się komponować w zestawieniu z jasnymi, jak i z ciemnymi kolorami.

     

    Skąd biorą się wasze pomysły na kolekcje?

    P: Inspiruje mnie wiele tematów, więc koncepcja zwykle powstaje dlatego, że coś mnie bardzo mocno zachwyciło. Mamy swoją wizję tego, co chcemy zaproponować. Nie mamy sezonowych kampanii, podążamy raczej za własną intuicją. Kiedy wiemy, że jakiś projekt jest wysoko ceniony, to rozwijamy go zmieniając jakiś detal, lub kolor i wypuszczamy go w świat.

    K: Poza tym, mamy już wypracowaną komunikację z klientkami. Po prostu, kobiety piszą do nas, co chciałyby założyć. Bardzo zależy nam na dobrym kontakcie, dlatego badamy ocenę jakości i opinie, co do nabytych wcześniej ubrań.

     

    A co jest wyznacznikiem tego, że projekt się przyjął? Jaki parametr wam o tym mówi?

    P: Wyznacznikiem jest sprzedaż, a później feedback. Klientki czują, że to jest „ich styl”. Po premierze bluzy, ze sprzedaży której dzielimy się dochodem z Fundacją Kobieta Niezależna, otrzymałyśmy mnóstwo wspaniałych komentarzy, które dały nam ogrom radości i pewności o słuszności naszej drogi. Dla mnie bardzo ważne są emocje jakie wzbudzają nasze projekty oraz to jak dana osoba czuje się w nim.

    K: Dodam jeszcze, że z punktu widzenia zarządzania firmą, ważne są też statystyki. Same zakładamy budżetowe ramy danego projektu, planujemy produkcję, rozpisujemy wszystkie te wartości, które mówią o dobrej sprzedaży danego modelu. Liczymy wszystko, aby nie przestrzelić się z pomysłem. W firmie, te matematyczne rozkminy to jest przede wszystkim moja działka.

     

    Czas na pytanie o niezależność. Jesteście samodzielne i odkrywcze, to pojęcia które kojarzą się z niezależnością myślenia. Jak każda z was rozumie niezależność i odkrywa ją w swoim życiu?

    K: Niezależność to dla mnie mój sposób myślenia, to co ja myślę o sobie, o moim życiu, poczucie, że mam zaufanie sama do siebie. Wiem, że mogę na siebie liczyć, że w każdym momencie sobie poradzę. Prócz kwestii finansowych, to właśnie wolność myślenia jest dla mnie najważniejsza, to mocne i stabilne osadzenie w rzeczywistości, zakorzenienie w swoim poczuciu tożsamości i własnej wartości. To też moja własna znajomość samej siebie, po prostu wiem, na co mnie stać, czego mogę się po sobie spodziewać.

    W 2016 roku byłam na szkoleniu „Kobieta Niezależna”, i to mi otworzyło furtkę do tego, kim jestem teraz. Było to krótko po tym, jak dzięki Patrycji, pojechałyśmy na konferencję „Życie bez ograniczeń”, gdzie poznałam Kamilę Rowińską. Patrycja obiecała, że na wyjeździe spędzimy dobry, wartościowy czas, ale nie uprzedzała, że ten wyjazd zakończy się dla mnie wielkim „WOW”, które zainspiruje mnie do poszukiwań.

    Nauczyłam się wtedy dawać sobie prawo do układania życia, rodziny, pracy, czasu wolnego na własnych zasadach. Ale poczucie bycia niezależną pojawiło się u mnie dopiero po pięciu latach po szkoleniu „KN”, kiedy wykonałam nad sobą konieczną pracę.

    P: Dla mnie niezależność łączy się z zaufaniem do siebie. Budowałam ją przez lata, ale dopiero gdy zostałam mamą to poczułam ją najmocniej, poczułam wtedy wielką siłę. To było dla mnie niesamowicie odkrywcze, że ciało tak świetnie poradziło sobie z porodem, że wiedziało samo z siebie co robić. Poczułam wtedy ogromny szacunek do ciała. Rozwinęło się we mnie przekonanie, że mogę wszystko, że zawsze dam radę. Poczułam też wielką odpowiedzialność za moje dziecko.

    Niezależności na pewno nie wiążę wyłącznie z pieniędzmi, bo je można utracić. Niezależność to odwaga, to zaufanie, że w każdej sytuacji dam radę, To wolność i życie w zgodzie ze sobą. To spełnianie własnych, a nie cudzych marzeń.

     

    Jak wspieracie się jako przyjaciółki w rozwijaniu niezależności?

    K: Najbardziej jestem wdzięczna Patrycji za to, że potrafimy ze sobą szczerze rozmawiać, że to są zawsze głębokie rozmowy. Bez różnicy, czy siadamy do rozmowy na temat osobisty, biznesowy –  te rozmowy nigdy nie są powierzchowne. Po ich zakończeniu, zawsze zostaje we mnie jakiś ślad, refleksja, wniosek.

    P: To są wartościowe rozmowy, zachęcamy siebie wzajemnie do nowych wyzwań, rozwijania siebie. To pomaga nam utrzymywać między nami wibracje, które nazywam „dobrym flow”. One dają nam przestrzeń do dalszego rozwoju.

     

    Czy swoimi projektami staracie się pomóc kobietom w budowaniu ich świadomości, pomagacie im odkryć ich własne piękno?

    P: To jest bardzo ważne dla nas, dlatego cały czas ulepszamy coś, poprawiamy.

    K: Dlatego pokazujemy w mediach siebie, że nasza marka to my, pokazujemy siebie jako mamy, naturalne i piękne kobiety. Jesteśmy reprezentantkami wszystkich kobiet.

    P: Nie jesteśmy modelkami w rozmiarze „S”, ubrania pokazujemy na sobie, aby jeszcze lepiej przedstawić klientkom jak w naszych projektach mogą wyglądać one same. Pracujemy nad wirtualną przymierzalnią, gdzie na różnych sylwetkach będziemy prezentować dopasowanie danych rozmiarów i projektów. Pomagamy klientkom w odnalezieniu w sobie poczucia zadowolenia, bo kiedy np. wkładają na siebie nasz magiczny T-shirt z wydłużonym rękawem, mogą go używać w dwóch wersjach, dzięki czemu czują się ze sobą pewnie i dobrze zarówno w oficjalnych, jak i prywatnych sytuacjach.

    K: Nie znam drugiej takiej osoby jak Patrycja, która równie dobrze umiałaby podkreślić u ludzi to, co jest w nich najpiękniejsze. Klientki, które potrzebują wsparcia w dopasowaniu kroju, odwiedzają nas w pracowni w Kwidzynie. Po konsultacji z Patrycją, wyglądają jak milion dolarów.

     

    Patrycja, kiedy poznałyśmy się, powiedziałaś bardzo ważne słowa. Określiłaś, że Twoja życiowa radość bierze się z tego, że miałaś najszczęśliwsze dzieciństwo na świecie. Jak twoi rodzice wpłynęli na to, że jako dorosła kobieta nosisz w sobie poczucie szczęścia?

    P: Moi rodzice dali mi bezgraniczne zaufanie, wierzyli w moje dobre wybory, nie przekreślili moich pomysłów. Zawsze byłam bardzo głośnym, cieszącym się z życia dzieckiem, niezwykle ekspresyjnym – oni nie tłumili tego, nie bagatelizowali, nie ucinali mi skrzydeł. Jeśli ja coś wybrałam to oznaczało, że jest to super decyzja. W takiej atmosferze wzrastałam i to wzmocniło moje poczucie pewności siebie. Mam przekonanie, że mogę bardzo dużo.

    Na skutek złych doświadczeń z pracodawcami, zmieniałam ścieżkę swojego rozwoju, nie miałam środków na rozwój własnego biznesu, ale głęboko się zastanowiłam nad pytaniem – Gdybym mogła wszystko, to co bym zrobiła? Podjęłam wtedy decyzję o samodzielności biznesowej. Wiedziałam, że zawsze to chciałam robić, marzyłam o tym. Miałam wtedy dwadzieścia cztery lata. Nowego zawodu uczyłam się na własnych błędach, bałam się, ale to mnie nie zatrzymało, bo wiedziałam, że dam radę. To powtórnie wpłynęło na mnie dodając mi siłę. Wciąż pielęgnuję w sobie wewnętrzne dziecko, lubię uzewnętrzniać moje emocje, śmieję się często i głośno. Staram się być obecna i zauważać dobre rzeczy, które dzieją się wokół mnie. Jestem wdzięczna za to.

     

    A Ty, Klaudia, czego chciałabyś nauczyć swoje dzieci?

    K: Wychowanie dzieci to najtrudniejsza sztuka świata. Aktualnie jestem mamą dwójki i wiem to już z doświadczenia. Usłyszałam kiedyś, że dzieci nie wychowuje się dla siebie, ale dla świata. Ja chciałabym dać dzieciom wolność w myśleniu, pewność, że mogą być kim zechcą. Chcę je wspierać, motywować, uczyć tego, aby były odważne, działały mimo lęków.

     

     

    Serdecznie Wam dziękuję za przepiękną i pełną szczerości rozmowę!

     

    Patrycja UlewskaUkończyła WSZUiE na specjalizacji wizaż i stylizacja. Projektuje od 2013 roku, stylizuje, pisze treści, tworzy scenografie do zdjęć i content. Najwięcej o proporcjach i projektowaniu ‘z miłością do kobiecego ciała’ nauczyła się tworząc swoją pracownię szycia na miarę w Sopocie. Jest mamą, lubi Franka Sinatrę, stare kamienice meble vintage, randki z mężem, taniec i naturę. Trochę  joga i taniec, trochę siłownia. We wszystkim musi być balans.

    Klaudia WawrzyniakAbsolwentka ekonomii. Skrupulatna i dobrze zorganizowana. Spełnia się w roli mamy Blanki i Nadii. Multitasking nie jest Jej obcy – jednocześnie gotuje obiad i zamawia guziki do koszul. Mówi, że wszystko jest kwestią dobrej organizacji. Zajmuje się produkcją,  oraz sprawami finansowymi. Lubi porządek, kawę i spotkania z przyjaciółmi.  Zafascynowana psychologią wolne chwile poświęca rozwojowi osobistemu.

  • Odczuwam przyjemność życia

    Odczuwam przyjemność życia

    Rozmowa z Dorotą Deląg – aktorką, autorką warsztatów wizerunkowych.

     

     

    Joanna Pastuszak – Cybulska  – Dlaczego zdecydowała się Pani na zawód aktorki? Chciała Pani móc rozwijać swoje naturalne zdolności czy raczej nauczyć się nowych umiejętności?

    Dorota Deląg – Miałam dwadzieścia dwa lata, więc trudno jest mówić wtedy o wyższych celach. Bardziej chodziło mi o postawienie wysoko poprzeczki, udowodnienie sobie, że mogę zdać do szkoły teatralnej. Postrzegana ona była jako uczelnia elitarna, bo dostawało się do niej tylko piętnaście osób na rok. To było coś! To był mój cel. Jestem z natury osobą, która wyznacza sobie cele i je realizuje. Wtedy moim celem było zostać studentką Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie.

     

    Miał na to wpływ Pani brat?

    To prawda, mój brat Paweł miał w tym swój mały udział. Zostałam zaproszona na spektakl, który był zarazem egzaminem dyplomowym. Reżyserem tego wydarzenia był ceniony na całym świecie reżyser Krystian Lupa. Nie byłam pewna, co będę robić w życiu, ale ten spektakl zrobił na mnie takie wrażenie, że postanowiłam, że będę zdawać do szkoły teatralnej. Odróżniam się od innych tym, że ja nie tylko mówię, ale też robię to, co zamierzyłam, dlatego osiągnęłam ten cel.

     

    Poza technicznymi umiejętnościami aktorskimi, które kompetencje nabyte w szkole teatralnej wykorzystuje teraz Pani w pracy trenerskiej?

    To jest ogromny wachlarz kompetencji. Dopiero teraz, pracując bezpośrednio z ludźmi na warsztatach, widzę jak ogromną zaletą jest skończenie studiów o profilu artystycznym. Ten profil daje nam nie tylko wrażliwość na to kim jestem, ale też pomaga być dobrym obserwatorem, uczy jak patrzeć na ludzi którzy nas obserwują i odbierają naszą osobę.

    Zawód aktora to jest profesja prawie detektywistyczna. Aktor to postać, która ciągle czegoś szuka, musi się czymś inspirować. Szuka dowodów i formy, aby przedstawić je tak, by odbiorcy mu uwierzyli. Zasada aktorska jest następująca: bądź dociekliwy, zadawaj pytania, kwestionuj odpowiedzi. To, co zobaczysz na pierwszy rzut oka nie musi być prawdą. Często to jest iluzja, powłoka, i dopiero gdy zaczynamy szukać odpowiedzi głębiej w sobie, dochodzimy do prawdy. A jest to prawda, która może być interesująca też dla innych, nie tylko dla siebie. Bo tak naprawdę celem jest to, aby nawiązywać dobre, spójne relacje.

    W biznesie stawiam na wiarygodność, dlatego ważne jest dla mnie, aby uruchomić w ludziach inspirację do poszukiwania. Prowadząc moich klientów, uczę ich właśnie tego poszukiwania siebie i dopiero później ubierania tego w biznesowy spójny wizerunek.

     

    Czy jako aktorzy uczycie się zarządzać własnymi emocjami w roli, czy waszym zadaniem jest raczej zapomnieć o tym i nadać granej postaci zupełnie niezależny od was charakter?

    W mojej ocenie, w aktorstwie chodzi o coś zupełnie innego. Aktorstwo według mnie to głęboka analiza tekstu, który jest dla nas tylko pretekstem. Widzimy o czym jest historia, jacy są bohaterowie, poznajemy płaszczyzny rozgrywającej się akcji – obyczajowe, historyczne, itp. I wtedy dopiero musimy zadać pytanie – kim jest ten konkretny bohater, jakie ma problemy, w jakiej epoce żyje. Jak już przejdziemy etap analizy, to zaczynamy budować mu biografię. Następnie musimy udowodnić, że jest ona spójna. Patrzymy jak ten konkretny bohater współgra z innymi postaciami i dopiero wtedy powstaje pełen obraz tej postaci.

    Analizy postaci uczymy się w szkole, ale emocje, zachowania czerpie się z siebie. Takim jesteś aktorem, jakim jesteś człowiekiem. Im bardziej człowiek jest doświadczony, tym lepszym jest aktorem. Ten zawód polega na obserwowaniu i odtwarzaniu tych obserwacji przy jednoczesnym wykorzystaniu do tego własnego ciała.

     

    Czyli grana rola to jest kwestia interpretacji przez konkretną osobę i jej doświadczenie życia?

    Tak, to zależy od indywidualnych warunków (wygląd, głos, zachowanie się) i wrażliwości danego aktora. To zawsze jest czyjeś unikatowe doświadczenie. Każda rola to zawsze jest czyjaś interpretacja.

     

    Czy są jakieś zachowania, o których aktor powinien zapomnieć?

    Oczywiście! Przede wszystkim, powinien zapomnieć, że ktoś na niego patrzy, wyzbyć się wstydu bycia ocenianym. Wychodząc na środek sceny w teatrze, to jest przywilej, że można to robić. Wychodząc na scenę jest się kimś, kto prowadzi widza. To jest niezwykle ważne, aby stanąć w samotności scenicznej.

     

    Czy ta sama zasada obowiązuje przy wystąpieniach publicznych?

    Dokładnie tak, z tym, że tutaj jest o wiele łatwiej, bo prezentujemy wyłącznie siebie. Wykreowanie siebie na wiarygodnego mówcę, to nie jest przedstawienie obcej osoby, lecz jest to znalezienie w sobie takich instrumentów, które będą interesujące dla innych. One są w nas obecne, tylko tę unikatowość należy najpierw odkryć. Poznajemy ją m.in. podczas odpowiadania na pytania, dlaczego coś robię, co mogę przez to zaoferować innym.

     

    Jakich cech, które mają aktorki, brakuje kobietom niezwiązanym z tą branżą, a mogłyby one być im przydatne, np. w pracy zawodowej?

    Aktorki potrafią wykorzystać narzędzia mowy, mają świadomość ciała, potrafią lepiej operować głosem, intonacją, artykulacją. Umiejętność ułożenia głosu to impostacja, coś co ludzie spoza sceny pomijają. Zwykle nacisk kładziony jest na treść, co ma być przedstawione. A tak naprawdę, równie ważne jest, jak te treści będą przekazywane.

    90% komunikatu jaki przekazujemy ludziom nie dociera do nich. Liczy się pierwsze wrażenie i możemy je wzmocnić pracując właśnie nad głosem, jakim się posługujemy. Nawet najmądrzejsze treści nie odniosą skutku lub zostaną pominięte, jeśli forma wystąpienia będzie słaba. Zawsze przecież można sobie coś ściągnąć z internetu, nie trzeba słuchać wystąpienia, które jest mało atrakcyjne.

     

    Czy są standardowe zagadnienia z jakimi przychodzą na warsztaty autoprezentacji Pani klientki?

    Zwykle są to klientki, które mają swoje biznesy, próbują odróżnić się od innych przedsiębiorczych kobiet, znaleźć własny styl. To są kobiety, które szukają niezależności.

    Nie jestem coachem ani psychoterapeutką, ale mówię o sobie, że jestem w podróży. Jest to inspiracją dla innych kobiet. Moim mottem jest robić rzeczy, które kocha się robić, stosuję tę zasadę nie tylko w zakresie zawodowym, ale też prywatnym. To jest moja autentyczność, komuś się ona podoba albo nie. Niczego nie udaję, nawet wtedy, gdy zaliczam porażki. Jak każda kobieta, dążyłam do tego, aby być osobą którą jestem. Mam świadomość, że autentyczność nie jest łatwa, trzeba się jej nauczyć, zaakceptować siebie.

    Moimi klientami są także mężczyźni i oni też szybciej realizują te zadania, które wypracowujemy. Dlaczego? Bo oni mają większą wiarę w sobie.

    Wiara w siebie – to jest główne wyzwanie, nad jakim pracujemy na warsztatach. Zanim wejdziemy w prezentację i mówienie o sobie pod kątem biznesowym, musimy się przebić przez różne warstwy ukrywane pod hasłami typu: nie chcę, nie lubię siebie, nie wiem kim jestem, nie mam na to ochoty, i tak mi się nie uda, to jest do niczego nie potrzebne, kobiety są zawsze źle odbierane cokolwiek zrobią, itp. Fatalna samoocena jest podstawą złego funkcjonowania zarówno prywatnie, jak i zawodowo. Wiem to z doświadczenia, bo ja też taka kiedyś byłam. Też mi się wydawało, że nie mogę nic osiągnąć, aż do momentu, kiedy w moim życiu wydarzyło się to wszystko nad czym pracowałam. Punkt w którym jestem w tej chwili, to zupełnie inny punkt odniesienia niż rok temu. I podczas warsztatów pokazuję kobietom jak pracować nad tą samooceną.

     

    Niektóre kobiety myślą o sobie, że są jak „szare myszki”, nigdy nie osiągną w żadnej dziedzinie sukcesu. Czy w każdej kobiecie z takimi przekonaniami da się wzbudzić lub  odnaleźć siłę i pewność siebie? 

    Oczywiście! Ta „szara myszka” są właśnie najbardziej interesująca! Trzeba najpierw zgłębić, dlaczego ona trwa w tym stanie i ukrywa się? Na własnych oczach widziałam, jak tzw. zwykłe kobiety przeradzały się w piękne i porywające mówczynie, tylko trzeba było wzbudzić w nich pewność, że są ważne, wartościowe, nauczyć je korzystać z własnych zasobów jakie w sobie mają.

    Na warsztatach zawsze stawiam jako priorytet założenie, że ciało jest naszym narzędziem i musimy umieć je wykorzystywać do budowania przekazu. To nie tylko praca z głosem, jego wysokością, ale też styl bycia, ubiór, wygląd jest istotny. Tak więc podczas warsztatów budujemy spójny personal branding, i nawet kobiety, które uważały się za mało interesujące, osiągają w konsekwencji swoje cele.

     

    Jaki obraz Polek wynosi Pani ze swojej praktyki szkoleniowej? Czy jest jakiś uniwersalny obraz?

    Nie ma uniwersalnego obrazu, ale jest jedna tendencja, którą obserwuję, a mianowicie, że Polki są kobietami rozgoryczonymi. Powoduje to rozbieżność między społecznymi oczekiwaniami, rolami w jakie się je wtłacza, a ich własnymi dążeniami, pragnieniami. One są wciąż uwikłane w obrazy z przeszłości. Obowiązek bycia matką nieskazitelną, kobietą zawsze wierną i gotową do poświęceń, przeplata się z wymaganiami współczesności i oczekiwaniem od kobiet bycia spełnionymi zawodowo, szczęśliwymi, świetnie zarządzającymi swoimi rodzinami i życiem. Tu nie ma miejsca na pomyłki ani poprawki, porażek się im nie wybacza. W życiu takiej kobiety mężczyzna jest przywilejem.

    Kobiet, które radzą sobie świetnie jest mniej i są nimi te, które powiedziały głośno „Basta, nie chcę tak!”. Nie dostrzegam takich postaw u kobiet z Zachodu, czy nawet u Ukrainek czy Rosjanek, one znają swoją wartość. My wciąż to w sobie musimy budować.

     

    Czyli jest to etap poszukiwania tożsamości?

    Tak, bo jak inaczej żyć świadomie lub w zakresie życia zawodowego, występować publicznie? Wystąpienie publiczne to jest podzielenie się swoją wiedzą i doświadczeniem. Jak mamy się tym dzielić, skoro tego o sobie nie wiemy? Często słyszę, „daj mi parę trików – jak mam wyjść, kiedy się uśmiechnąć, jak mam patrzeć”, itp. Taka taktyka jest błędna. Wystąpienie polega na tym, że to co mówisz, dociera do ludzi, daje im wartość, ale wpierw musi to być przez Ciebie zrozumiane, przeżyte, przefiltrowane. Musi to być Twoja prawda.

     

    Czy ma Pani swoją definicję niezależności?

    Nie mam definicji, ale ja rozpoznaję siebie jako kobietę niezależną. Codziennie budzę się rano z uśmiechem na twarzy. Nie jest idealnie, bywa czasem nawet bardzo ciężko, ale jestem niezależna pod każdym względem – zarówno emocjonalnie, duchowo, jak i finansowo jestem wolna. I nie o zasobność konta tylko chodzi, ale o to, że wiem, że to ja kreuję swoją rzeczywistość. To ja ją tworzę i to ja jestem za nią odpowiedzialna.

    Jeśli danego ranka nie wstanę, to jest to moja odpowiedzialność. Jeśli wstanę i powiem „dzisiaj mi się na pewno nic nie uda”, to jest to moja odpowiedzialność. A jeśli wstanę i powiem „to jest ten dzień!”, to też ja będę za to odpowiedzialna. Niezależność przejawia się u mnie moją codzienną motywacją do działania, akceptacją siebie, kochaniem siebie, wdzięcznością, że mogę być tu i teraz.

    Często wybiegamy myślami wprzód, dywagując „co będzie za tydzień, za miesiąc”. Nie wiemy co będzie, nikt nie mógł przewidzieć pandemii. Nie mogę walczyć z wiatrakami, i dlatego ja zawsze robię to, co mogę w danym momencie. Puszczam się na fali i płynę. Zapomnieliśmy o tym, czym jest przyjemność życia. Czuję się niezależna i mam z tego przyjemność, a kiedy jest przyjemność i zadowolenie, to przyciągamy do siebie dobrych, właściwych ludzi, przyciągamy dobrą energię, pieniądze.

     

    Jak swoim sposobem bycia możemy wzmacniać niezależność?

    Dostrzegam, że sami siebie wprowadzamy często w zależności, uwikłania, dziwne relacje. Brak niezależności, to jest np. oczekiwanie, że ktoś odbierze telefon, że ktoś mnie zrozumie, że ktoś da pracę, pokocha. Oczekiwanie to jest rozczarowanie. Ja niczego nie oczekuję. Jak nawet coś nie wyjdzie, to nie robię z tego tragedii, tylko wyciągam wnioski. Mówię do siebie, „OK, tym razem mi nie nie udało, może się nie przygotowałam, może źle odczytałam sytuację, a może to był zwyczajnie mój słabszy dzień”. Nie oceniam się i nie prześladuję złymi myślami. Ja mam specyficzną filozofię życia, nie wpadam w karuzelę domysłów, skupiam się tylko na tym, co wiem na pewno, co mam do wykonania. I to właśnie robię.

     

    Serdecznie dziękuję za refleksyjną rozmowę! 

    DOROTA DELĄG – sama o sobie.

    … Autentyczność  wynika z radości robienia rzeczy, które kocha się robić. Bo nie jest ważne to, jak wypadniesz w oczach innych, ważne jest to ile dasz z siebie innym …

    Ukończyłam PWST we Wrocławiu 1999 roku. Od ponad 22 lat jestem  czynnie związana z Wystąpieniami  Publicznymi  i Autoprezentacją. Od 2018 rozpoczęłam działalność związaną z tworzeniem własnego programu treningowego. Warsztaty, które prowadzę oparte są na technikach opracowanych przez Konstantina Stanisławskiego oraz Lee Strasberga- Twórcy technik, które do tej pory są podstawą  edukacji w Szkołach Filmowych i Teatralnych na całym świecie.

    Program warsztatów opracowałam na podstawie wiedzy zdobytej przez 22 lata praktyki pracy zawodowej. Nazwałam i opisałam techniki, które sama stosuje od wielu lat w pracy w telewizji i teatrze. Program warsztatów jest autorski – przez ostatnie trzy lata prowadziłam wiele spotkań grupowych i indywidualnych. Poza warsztatem ze sztuk komunikacji, opracowałam projekt Wideo Wizytówki oraz Wideo Elevator Pitch.

    Prywatnie jestem mamą siedmioletniej Sary, pasjonuje mnie przyroda i filozofia  Zwierzęta zawsze są obok mnie, zarówno psy jak i konie. Jestem optymistką i wierzę, że wszystko jest w naszych rękach

    Życie to wspaniała przygoda, sama kreuję scenariusz mojej historii.

    LinkedIn – Dorota Deląg

    Instagram – PoranekDoroty

    lub po prostu www: https://dorotadelag.com.pl/

     

     

  • Rozróżnijmy biznes od drogiego hobby

    Rozróżnijmy biznes od drogiego hobby

    Rozmowa z Anną Kupisz – Cichosz  – psychologiem, coachem, trenerką biznesowych strategii, właścicielką marki „Firma jest kobietą”,  autorką kursów online i uczestniczką międzynarodowych konferencji biznesowych.

     

    Joanna Pastuszak – Cybulska  – Jesteś obecna w biznesie już długi czas. Dlaczego rozpoczęłaś karierę przedsiębiorcy?

    Anna Kupisz – CichoszBiznesowa droga była dla mnie jedynym słusznym wyborem. Miałam przekonanie, że nie chcę rezygnować ze „studenckiego stylu życia”. Wyjaśnię od razu co to oznacza – w ramach studiów, sami kształtowaliśmy swój plan dnia, tygodnia, rozkład zajęć. Były przedmioty obowiązkowe, ale można było sobie dopasować dzień i godzinę, kiedy będziemy w nich uczestniczyć.

    Już podczas pierwszych zawodowych praktyk, trwających od godz. 9:00 do godz. 17:00, poczułam, że jest to wygodne, bezpieczne, typowe, ale nie jest to coś, w czym się czuję dobrze. Większe potwierdzenie tego zdobyłam, kiedy zaczęłam pracować w korporacji. Wiedziałam, że chcę pracować z ludźmi, a nie z systemami. Jestem psychologiem, ale nie ciągnęło mnie do  pracy w poradni czy w klinice, sama od początku chciałam ustalać swój dzień. Na to miały wpływ też inne czynniki, jak np. urodzenie dzieci, potrzeba kreowania swojego dnia zgodnie z naszymi potrzebami.

    Kiedy byłam w ciąży, zauważyłam też schematy, które mi się nie podobały. Zostałam zepchnięta ze ścieżki awansu na dalszy plan, ponieważ było oczywiste, że nie będę już tak aktywna jak wcześniej. Zawodowo, zostałam sprowadzona na „ścieżkę mama”. Ktoś zdecydował o tym za mnie. Bardzo mnie to drażniło. Nie jestem osobą, która łatwo dopasowuje się do systemu. Ja raczej kreuję swój system i zapraszam do niego ludzi, którym się on podoba. To jest moja największa wartość – potrzeba samostanowienia o sobie.

    Zbiegło się to z kryzysem z 2010 r. w Stanach Zjednoczonych, którego echa słyszeliśmy też w Polsce. Byłam wtedy na drugim urlopie macierzyńskim, mąż stracił pracę, a moja pensja nie była w stanie dostarczać finansów, które gwarantowały nam poziom na jakim chcieliśmy żyć. Zdecydowałam, że nadszedł właściwy czas na działanie i rozwinięcie swoich biznesowych kompetencji.

    Rozpoczęłaś biznes w trakcie kryzysu gospodarczego?

    Tak, bardzo zależało mi, aby być samowystarczalną finansowo, uniezależnić się od rynku pracodawcy, od rynku kreowanego przez kogoś innego. Pierwsze próby budowania firmy rozpoczęłam w roku 2005/6, ale to rok 2010 powiedział: Koniec bawienia się w biznes, testowania rzeczy, asekuracji, że jest etat, który może mi pomóc i który absolutnie nie jest bezpieczny, bo nie jest zależny ode mnie.

    Wiedziałam to odkąd przeczytałam książkę „Biedny ojciec, bogaty ojciec” Kyosakiego. Pragnęłam stworzenia własnej firmy w ramach której będę zawsze w stanie zapewnić sobie byt finansowy.

    I to jest też cel, jaki stawiam, kiedy pracuję z kobietami – ustawić sobie jako cel wysokość osobistego wynagrodzenia. Klientki mówią: ja nie muszę zarabiać tych 15.000, bo wystarczy mi 7 000. Resztę zarabia moja druga połowa. Zadaję wtedy pytanie: No dobrze, a co jeśli ta druga połowa przestanie istnieć w twoim życiu? Co jeśli straci pracę, ze względów zdrowotnych utraci możliwość zarabiania pieniędzy lub po prostu wydarzy się jakaś definitywna tragedia? Czy nie jest lepiej, aby przy planowaniu firmy od razu dojść do takich pieniędzy, które zapewniają komfort codzienności?

    To kryzys wyzwala w nas konieczność przedsiębiorczości?

    Według mnie, potencjał przedsiębiorczy tkwi w nas wszystkich bez względu na okoliczności. U siebie zaczęłam go rozpoznawać, mając doświadczenie pracy w korporacji i administracji publicznej. Już wtedy wiedziałam, że pójdę w samozatrudnienie lub budowanie firmy. Cel finansowy do jakiego na tamten czas dążyłam, osiągnęłam po około sześciu miesiącach pracy we własnej firmie. Kiedy budujesz firmę w kryzysie, to sukces następuje dużo szybciej.

    Zadałam jednak pytanie: co dalej? Jak rozwijać to, co już działa w takimi efektami? Moim celem jest zarządzanie firmą o ośmiocyfrowym zysku. Osiągnięcie tego zajmie mi jeszcze kilka lat, ale będzie to wynik ciągłego modelowania biznesu.

    Zasada tego modelowania jest taka: jeśli masz w wizji swojej firmy misję sukcesu, to trzeba będzie wykonać realizację tego sukcesu. Najpierw jest jeden cel. Co w momencie, kiedy zostanie zrealizowany, jakie będą kolejne kroki? Musi być też wyznacznik osiągniętego celu, np. przeprowadzone konsultacje, konkretna liczba. Tak jak deadline – zrobione, idziemy dalej.

    Każda z kobiet musi ustalić sobie czym jest sukces dla niej, a nie kierować nie zewnętrznymi powodami. Jeżeli sukces dla mnie to generować konkretną kwotę, to jego osiągnięcie zależy od planu realizacji jaki muszę przygotować i wykonać.

    Jakie widzisz przeszkody w zachowaniu kobiet, uniemożliwiajace im osiągnięcie ich sukcesów?

    Moim zdaniem, nie ma czegoś takiego jak cechy charakteru czy cechy osobowości, które uniemożliwiają ci osiągniecie sukcesu.

    Cechy charakteru określają skrajności. Skala wygląda następująco: możesz być albo niesamowicie naiwna, łatwowierna, poprzez bycie lekko naiwną, ufną, do bycia skrajnie podejrzliwą i nieufną. I to jest kontinuum cechy charakteru. Pozostaje pytanie, gdzie świadomie chcesz być na tej osi? Zaleca się, aby unikać skrajności, ale ważna uwaga – czasem skrajna nieufność może ci służyć.

    Posiadamy różne cechy osobowości, które w zależności od tego, jak się nimi posługujemy, służą nam lub nie. Jeśli masz cechy charakteru sprzyjające wierze w to, co mówią ludzie, czyli ufasz słowom, które ludzie wypowiadają, to pomaga ci ich rozumieć, umiesz z nimi rozmawiać, nawiązujesz z nimi łatwy kontakt. Ale niektóre rzeczy trzeba spisać, nie wierzyć ludziom „na słowo”, dlatego trzeba tu połączyć inne ceny osobowości z którymi zbudujesz swój sukces. Ja bym powiedziała, że nie ma cech osobowości, które będą ci coś utrudniać. Wszystko zależy od tego, kiedy je stosujesz i w jakim natężeniu.

    Masz doświadczenie w pracy z zagranicznymi klientkami. Jakie dostrzegasz różnice w stylu prowadzenia biznesu Polek i kobiet z innych krajów?

    Takie różnice zauważyłam zwłaszcza u Brytyjek, kobiet wychowywanych w tamtym środowisku, jak i u Amerykanek. Dużo łatwiej jest im tworzyć firmy z dużą wizją, przychodzi im to o wiele prościej niż nam. Kiedy otwierają firmy, to od razu pojawia się myśl „Think Big”, od razu zaczynają z dużą wizją. Nie chcą ograniczać się tylko na swój niewielki, lokalny rynek, ale od razu idą do wszystkich, którzy mogą być zainteresowani w jakimś stopniu ich ofertą, np. do wszyskich klientów, którzy mówią po angielsku. Nie mają też oporów z nawiązywaniem współpracy z zagranicznymi partnerami, z Australijczykami, Kanadyjczykami.

    Polki i niektóre europejskie nacje mają inny plan: najpierw sprawdzę się w jednym kawałku, potem w kolejnym, jeszcze później pójdę trochę dalej. Czyli zaczynamy od mikrodziałań i potrzebujemy potwierdzenia, że te akcje dla nas odpowiednio pracują i potem dopiero robimy więcej, myślimy o kolejnym pułapie – coraz wyżej i dalej.

    Ja też na początku, pracowałam z ludźmi z Warszawy, później z całego województwa. W 2014 r. pomyslałam, aby zbudować ogólnopolską inicjatywę „Firma jest kobietą”. Szybko potem zaistniała potrzeba dotarcia do Polek mieszkających poza granicami naszego kraju.

    Dla klientek, które również wybierają na początku drogę „małych kroków” mam pewną podpowiedź. Gdy prowadzisz biznes i od razu masz myśl, że będziesz działać na wielką skalę, nie tylko wobec lokalnego rynku, ale też szerzej, inaczej budujesz biznes, inaczej myślisz o klientach, od razu inaczej budujesz produkty i myślisz o partnerstwach. Zupełnie inaczej budujesz zaplecze biznesowe, co bardzo dobrze potem widać w wynikach finansowych.

    My w Polsce musimy dopasowywać biznes do skali, o jakiej myślimy, podczas gdy osoby z Zachodu od razu myślą o firmach w wielkich kategoriach. One zaczynają od małego rynku, ale mają wielką wizję i mają więcej możliwości poznania wielu partnerów z różnych miejsc, w różnych państwa.

    Powodzenie w biznesie mierzy się po około dwóch latach. Wyniki, jakie uzyskuje Polka i Amerykanka będą inne, mimo, że obydwie zaczynały na tym samym pułapie, wykonały tę samą pracę, kontaktowały się z taką samą liczbą osób. Z tym, że Amerykanki kontaktują się z ludźmi rozsianymi na całym świecie, którzy „znają innych ludzi”. Polki działają z mniejszym rozmachem.

    Podoba mi się, to co mówisz. Pamiętasz, jak się poznałyśmy – to były pierwsze miesiące mojej działalności. Nie wiedziałam, jak mówić do ludzi, co mówić, jakim językiem się do nich zwracać, jak się ubierać, bałam się każdej nowej inicjatywy …

    Oczywiście, pamiętam to. Ważne, aby działać uczciwie i zgodnie z własnym kompasem, w swoim tempie.

    Wahałam się też, jak wysoką cenę będę musiała ponieść, aby osiągnąć jakieś efekty swojej pracy. Ciągle słyszałam, że przedsiębiorczość to konieczność nieustannego „płacenia za coś”. Z jakimi kosztami, według ciebie, trzeba się mierzyć, aby coś zdobyć, zrealizować swój sukces?

    Uważam, że nie ma czegoś takiego, aby musieć coś poświęcić, by odnieść sukces. Jeśli idziesz po swoje marzenie i czujesz, że zaczynasz płacić wysoką cenę, to znaczy, że źle realizujesz swój cel. Powiem to twardo – przyjęłaś złą strategię, która wymaga od ciebie kosztów. Kiedy płacisz za dużo w kontekście zdrowia, braku czasu spędzanego z konkretnymi ludźmi, nie masz go dla przyjaciół, źle układa się w planie finansowym, energetycznym, emocjonalnym, jeśli gdzieś musisz zacząć się poświęcać, to znaczy, że strategia realizacji twojego celu, marzenia jest zła. Możesz to kontynuować zaciskając zęby, a możesz też iść po rozum do głowy i zastanowić się, co można zrobić inaczej, lepiej.

    My jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że trzeba płacić za coś cenę. Podam przykład. Jest w nas energia męska i żeńska, męska jest mocno skupiona na celu, a kobieca na relacjach. Żeby dojść do sukcesu, obie energie muszą współgrać. My przejęłyśmy od mężczyzn ich działanie – muszą być rezultaty, wyniki. Inaczej też regeneruje się kobieta i mężczyzna. Mężczyzna działa w trybie: dzień / noc. Kobieta bardziej działa w cyklach, które nam towarzyszą: w pierwszej fazie jesteśmy na wyższej energii, lepiej się czujemy,  jesteśmy bardziej chętne do tego, aby występować publicznie. I jest druga połowa cyklu, która jest bardziej wycofana, to genialny czas na planowanie w firmie. W momencie, kiedy zaczynasz osiągać cele patrząc tylko na rezultaty i kierując się tylko męską energią, to jako kobieta bardzo szybko zaczynasz się wypalać, tracić coś i płacić bardzo wysoką cenę za to, co robisz. Ciągła pogoń za ambicjami, rywalizacja, osiąganie wyśrubowanych wyników, to prosty przepis na dotarcie do punktu, kiedy ciało mówi: poczekaj. Organizm będzie domagać się od Ciebie, aby zwolnić. Jeśli cel osiągniesz pół roku później, nic się złego nie stanie. Masz mnóstwo czasu.

    Jesteśmy przyzwyczajeni do mówienia: nie mam czasu, nie mam czasu. Rekomenduję wszystkim piękną książkę „Potęga teraźniejszości”. Zauważysz szybko, że masz czas. Nie możesz ciagle myśleć o przyszłości ani przeszłości, bo ciebie tam po prostu teraz nie ma. Żyjesz w teraźniejszości. Żyjesz dzisiaj. Twoje czyny będą mieć konsekwencje na przyszłość, dlatego zastanów się, jakie koszty mogą być do zapłacenia na przestrzeni kolejnych miesięcy. Jeśli już dzisiaj płacisz za wysoką cenę względem swoich marzeń, zastanów się nad ostrzeżeniem: nie tędy droga.

    Mówi to osoba, która doskonale wie, co mówi. Mi się kiedyś wydawało, że muszę być co tydzień w innym mieście, na innej konferencji. Nieustannie w drodze, w siedzącej pozycji, ciągle w mieście i hałasie, który stresuje organizm. Mimo, że stres zawodowy nie był zbyt wielki, to jednak napięcie wewnątrz organizmu spowodowało skuteczne unieruchomienie mnie na kilkanaście tygodni. Mogę zatem powiedzieć, że za sukcesy, cena jaką poniosłam była za wysoka, forma realizacji planu była zła, cel został osiągnięty, ale można go było też wykonać w tym samym czasie w inny sposób, bez tego wysiłku.

    Czasem się jednak zdarzy, że źle oszacujemy własne siły i biznesowe kompetencje i trzeba zdecydować się na radykalny krok, czyli zamknięcie biznesu. Jakie są wyznaczniki, które trzeba wziąć pod uwagę podejmując tę ostateczną decyzję?

    Trzeba po prostu policzyć, ile dokładasz do biznesu każdego miesiąca. Rozróżnijmy biznes od drogiego hobby. Jeśli po dwóch latach nie ma punktu w bilansie, w jakim wychodzisz na zero, to rzeczywiście coś nie zadziałało. Już nawet po roku można zaobserwować, że masz złą strategię. Jeśli tylko dokładasz do biznesu, to nie ma wątpliwości, że trzeba go zamknąć.

    Jest to trudna decyzja i często widać jej nieuzasadnione oddalanie. Jest tak zwłaszcza wtedy, gdy włożono pieniądze w zakup maszyn, inwestycje. Nierentowne biznesy są takie, bo najczęściej zostały źle wyliczone ceny. Koszt jednostkowy to nie tylko koszt produkcji, transportu, to też procent kosztów stałych, zmiennych, inwestycyjnych. Jeśli dołożysz zniżkę, rabat, promocję, to naprawdę dokładasz do biznesu. My wcześniej czy później znajdziemy segment klienta, sposób na promocję, ale będzie to prawdopodobnie klient o podobnej lub niższej zamożności od nas, czyli taki, z jakim czujemy się komfortowo. Wydaje nam się, że tanie produkty łatwiej sprzedać – i faktycznie tak jest z klientami o określonej zamożności portfela. Ale nie dość, że zaniżamy ceny produktów, które i tak są źle wyskalowane, to sprzedajemy to w dodatku do niewłaściwego klienta, który nie jest nasz i dostaje nie to, co trzeba. Ktoś powie – A moi klienci tego nie kupią, bo będzie za drogo. No tak, będzie drożej, bo dotychczas to ty dokładałaś do tego biznesu. Musisz znaleźć inny segment klienta. I wtedy się zaczyna ten najtrudniejszy proces decydowania, co dalej. Na ten moment dobrą decyzją może być zamknięcie tego biznesu i przemyślenie swojej sytuacji od nowa.

    Czyli przed podjęciem tej ostatecznej decyzji powstrzymują nas emocje?

    Zwykle tak, bo wierzymy do końca, że może tym razem się uda. A poza tym, przecież już przyznałam się przed innymi – jestem przedsiębiorcą, idzie mi tak dobrze! Nagle trzeba się przyznać przed innymi i sobą samym, że czegoś się nie zrobiło, coś nie wyszło.

    Mamy problem z tym, że to jest dla nas porażka. To nie jest nauka, tylko to jest porażka. Jesteśmy nauczeni jeszcze w szkole, że jak idziesz pod tablicę, i nie potrafisz odpowiedzieć na pytanie nauczyciela, to wracasz z negatywną oceną. I jeszcze jest w tobie wzbudzane poczucie winy i wstyd. W dodatku, w szkole jesteśmy przepytywani tak, aby znaleźć to, czego jeszcze nie umiemy. To inaczej działa, gdy nauczyciel szuka mocnych stron, daje szansę na pokazanie uczniowi tego, co on potrafi, nie ocenia, ale uświadamia człowiekowi, co wie. I ponieważ jesteśmy uczeni oceny negatywnej, jeśli czegoś nie umiemy zrobić, a tutaj np. nam nie wyszło w biznesie, to próbujemy się ratować wszelkimi innymi sposobami, żeby oddalić trudną decyzję o zamknięciu biznesu.

    Dlatego mówię: przelicz dokładnie i licz od samego początku, bo cyfry nie kłamią. Kiedy widzisz cyfry, to zaczyna się wtedy inne liczenie, uruchamia się inny proces mentalny i wtedy jest ten biznes łatwiej zamknąć. Trzymają nas emocje, bo biznes często stworzony jest z pasji, z jakąś większą misją. To, że ten biznes raz nie wyszedł nie oznacza, że nie możesz go zacząć raz jeszcze. To wcale nie oznacza, że to był zły plan. Oznacza to tylko, że zła była strategia, zły segment klienta, złe obliczenia, można było inaczej przygotować produkt, inaczej go wycenić. Czasem trzeba się wycofać, ustabilizować sytuację i zacząć raz jeszcze.

    Czy to jest właśnie droga do niezależności – uwolnienie się od opinii innych ludzi, podejmowanie trudnych decyzji zgodnie z własnymi przekonaniami?

    Powiedziałabym nawet, że jest to droga do wolności. Każdy z nas ma swoje cele, marzenia albo po prostu swój sposób na życie, który chce realizować. Nie każdemu będzie się on podobał. Jednym dlatego, że sami by tak chcieli, innym dlatego, że jest to czymś nowym i nieznanym. Jeśli jednak będziemy wewnątrzsterowni i zgodnie z sobą podejmować decyzje, w ostatecznym rozrachunku wierzę, że wyjdziemy na tym najlepiej.

      

    Dziękuję Ci za mobilizującą rozmowę!

     

    ANNA KUPISZ – CICHOSZ — psycholog, coach, trenerka biznesowych strategii, właścicielka marki „Firma jest kobietą”,  autorka kursów online i uczestniczka międzynarodowych konferencji biznesowych.

     

  • Kiedy masz wsparcie, z każdej złej chwili wychodzisz z uniesioną głową

    Kiedy masz wsparcie, z każdej złej chwili wychodzisz z uniesioną głową

    Wywiad z Anetą Stępień, inicjatorką akcji „Razem Silne” oraz koordynatorką kampanii społecznej na fb „Dzień Weterana – Szacunek i Wsparcie”. 

    Joanna Pastuszak – Cybulska: Jesteś żoną weterana misji poza granicami kraju. Pracujesz dla kobiet takich jak ty – życiowych partnerek żołnierzy – weteranów. Organizujesz dla nich cykliczne spotkania. W jakim celu się spotykacie?

    Aneta Stępień: Jestem żoną weterana rannego na misji w Afganistanie w 2002  r. Nie pracuję na rzecz tych kobiet, jestem raczej zaangażowana we wspólne wsparcie dawane sobie nawzajem, razem staramy się robić coś dla siebie, innych weteranów i ich bliskich. Szczególnie miejsce w naszym sercu zajmują nasze dzieci.

    Na spotkaniach spotykamy się w grupie trzydziestu pięciu, a czasem tylko kilkunastu osób – wszystko zależy od tego, jakim czasem dysponujemy. Z reguły są to spotkania weekendowe, które trzeba zaplanować wspólnie z rodzinami, pracą czy służbą mężów w wojsku. Są to dla nas chwile bezcenne. Spędzając wspólnie czas, rozmowom i radości nie ma końca. Każda z nas dzieli się swoją historią, przeżyciami, emocjami, ale najważniejsze jest to, że możemy być przez kogoś zrozumiane.

     

    Z jakiego powodu powołana została akcja pomocy żonom weteranów „Razem Silne”?

    Kiedy na misji zostaje ranny żołnierz, jego rany nosi cała rodzina. Często nie są to rany wyłącznie fizyczne. Są to również doświadczenia odciskające się na psychice człowieka. To, co niewidoczne dla otoczenia, jest trudniejsze do zniesienia. Wraz ze swoimi mężczyznami, kobiety cierpią równie mocno, muszą dźwigać nie tylko ból i lęki męża, ale muszą mierzyć się też z własnym strachem, z własną słabością.

    Otoczenie, teściowie, dzieci, wymagają żebyśmy były silne, spokojne, żebyśmy na nowo się zorganizowały, uporządkowały nasz świat. Ilość tych obowiązków często nas przerasta i zaczynamy tracić kontrolę nad sobą, swoim życiem, zaczyna dominować uczucie klęski, poczucie, że się zawiodło, że być może nie dajemy rady tak jakbyśmy chciały. A powodem tego jest zwyczajny brak sił. Dlatego ważny jest kontakt z innymi kobietami, które doświadczyły tego samego,  przeszły podobną drogę – to podstawowa potrzeba bycia w grupie, bycia zrozumianą i zaopiekowaną.

    Stąd wziął się pomysł cyklicznych spotkań. Spotkania, warsztaty, nawiązane przyjaźnie i kontakty pozwalają niejednej z nas przetrwać cięższe chwile. „Razem Silne” nie stało się zwykłym hasłem, a celem w samym sobie.

     

    Jakie są typowe zadania żon, kiedy ich mężowie pełnią zadania poza krajem?

    Kiedy mąż wyjeżdża na misję, absolutnie wszystko spoczywa na kobiecie – cała trudna i mozolna rzeczywistość. Oprócz tego, stajemy się ,,opiekunkami i terapeutkami” teściów, wymagają oni ciągłego uspokajania i zapewniania, że wszystko będzie dobrze. Wiele osób zapomina o naszych emocjach, że my przeżywamy sytuację dwa razy mocniej. Typowe zadania wykonujemy podwójnie, jesteś i jednocześnie mamą i tatą. I nie jest łatwo pogodzić obie role. Jesteś i kobietą, i jednocześnie mężczyzną. Wszelkie awarie domowe, samochodowe nagle są na twojej głowie, a złośliwość losu bywa taka, że na przykład coś się psuje dzień po wylocie męża na misję.

    Z tym wszystkim wiele z nas radziło sobie doskonale, są też bliscy i przyjaciele, którzy nas ratowali z opresji jak np. mnie, kiedy z dumą podniosłam maskę auta i już niemal uzupełniłam płyn do spryskiwaczy. Mina sąsiada była bezcenna, gdy zapytał czy uzupełniam płyn do chłodnicy? Cóż, odkręciłam nie ten kurek co trzeba…

     

    Jak psychicznie radzicie sobie z trudnościami życia codziennego, wielomiesięczną separacją i  obawą przed tą najgorszą wiadomością, która może przyjść w każdej chwili?

    Tak naprawdę, nie radzimy sobie z tym wcale. W dzień udajesz twardzielkę, uśmiechasz się, bawisz z dziećmi, pracujesz i funkcjonujesz jak automat, odliczając dni do powrotu. Noce są koszmarne, gdy płaczesz ze strachu, tęsknoty, ludzkiego zmęczenia i samotności. Nikt nie umie zrozumieć naszej sytuacji, tego paraliżującego strachu. To, czego doświadczą kobiety w tym czasie, zostanie z nimi już raczej na zawsze. Wiele z nas zmaga się z depresją, bezsennością, uzależnieniem od leków nasennych, ciągłą potrzebą kontroli, by zapobiec ewentualnym nieszczęściom.

    W tym wszystkim cały czas towarzyszy ci poczucie winy, bo ,,zgodziłaś się”, by jechał. A przecież nie mogłaś się sprzeciwić, on jest żołnierzem, to jego zawód, służba i miłość do munduru. Każda z nas miała taką rozmowę z samą sobą, nie były one nigdy łatwe ani oczywiste.

     

    Jak poradziłaś sobie z wypadkiem męża podczas patrolu?

    Czy sobie poradziłam? Do dzisiaj się nad tym nieraz zastanawiam. Jak dostajesz informację, że mąż  został ranny, że stracił nogę, że jest na stole operacyjnym, gdzie trwa walka o życie, zamiera ci świat, wszystko staje w miejscu. Ale wtedy nie masz czasu na ból, na płacz, na rozpacz. Chcesz czy nie chcesz, masz siły czy nie, zbierasz się w sobie, bo są dzieci, są rodzice, są bliscy i najważniejsze, jest mąż, który teraz najbardziej cię potrzebuje. W dzień robisz wszystko co możliwe, by temu podołać, za to w nocy, gdy jesteś sama w łazience, pod prysznicem wyjesz z rozpaczy i własnej bezradności. Ale wiesz, że nie możesz się poddać, paradoksalnie to właśnie wtedy bliscy czerpią  od ciebie siły i nadzieję, w chwilach gdy to ty najbardziej tego wsparcia i siły potrzebujesz, stajesz się oparciem i ścianą.

     

    Czy żony żołnierzy, ogólnie mówiąc funkcjonariuszy związanych z resortami siłowymi, są jakoś szczególnie twarde życiowo?

    W większości na pewno są. Trzeba mieć naprawdę silną psychikę, żeby każdego dnia radzić sobie z lękiem o najbliższą osobę, zarówno o męża na misji, jak i codzienną służbę policjanta czy strażaka na akcji. Tym bardziej, że przecież wiele z nas ma swoją pracę, nieraz i służbę, obowiązki, do tego prowadzimy dom i wychowujemy dzieci. Niejedne plany odwieszane są na kołek, bo nagle wpadnie służba męża, czy poligon czy szkolenie, i ze wszystkimi codziennymi obowiązkami kobieta musi dać sobie radę.

     

    Jak bardzo kobieta związana z funkcjonariuszem mundurowym powinna być niezależna? Pod jakimi względami powinna taka być (mentalnie, finansowo, decyzyjnie)?

    Powinna być tak bardzo niezależna, jak tego chce i może. To są już sprawy bardzo indywidualne każdej z rodzin, wynikające z jej możliwości czy predyspozycji. Tak jak w życiu – jedna kobieta spełni się będąc mamą, czy gospodynią domową, a inna potrzebuje do tego pracy i realizacji zawodowej w pełnym zakresie. Ważne, aby to był świadomy wybór kobiety.

     

    Czym jest dla Ciebie niezależność?

    Dla mnie pełna niezależność, to siła podejmowania samej decyzji. Sytuacja, która jej nie wymusza. Niezależność, to też dla mnie przywilej bycia kochaną każdego dnia mimo cholernego, diabelskiego charakteru 🙂 . Gdy moje emocje nie zależą od emocji partnera, żadne z nas nawzajem się nie ogranicza. Ani zawodowo, ani finansowo.

     

    Jak wzmacniacie swoją siłę, aby choroby zawodowe mężów, czasem inwalidztwo fizyczne, czasem stres pourazowy, nie miały na was i rodzinę negatywnego oddziaływania? Co Was wzmacnia?

    To są trudne pytania. Dużo zależy od tego, jak wygląda dany związek, ile razem przeszli i co mają przepracowane, jak dobrze się znają. Ważne jest wspieranie siebie nawzajem, rozmowy, choć wiadomo, że z faceta – żołnierza ciężko coś wyciągnąć, bo u nich zawsze wszystko jest OK.

    Nas wzmocniły spotkania na warsztatach terapeutycznych z innymi rodzinami weteranów. Podczas spotkań, gdy usłyszysz, że inni mają podobne odczucia czy problemy, czujesz że nie jesteś w tym sama, że „nic ci się nie wydaje”. Łatwiej wtedy zrozumieć partnera i jego sposób widzenia, odczucia. Dzięki tym spotkaniom mężczyźni widzą, że inne żony mówią niemal to samo co jego własna kobieta w domu.

    Nieważne, ile lat ma już twój związek, ważne by czuć, że jest się w nim razem, nie obok siebie. Nawet gdy siedzicie osobno na kanapie oglądając film, czujecie tą bliskość. Ważne, gdy czujesz że możesz na tę druga osobę liczyć w każdym momencie, w chwili dobrej i złej. Prawdą od wieków jest to, że gdy masz wsparcie, to z każdej niemal złej chwili możesz wyjść z uniesioną głową, jesteście wtedy silniejsi, bo jesteście razem.

     

    Żyjecie w specyficznym środowisku. Jak odnajdujecie się w cywilnym świecie, w którym dominuje trochę inny rytm niż ten Wasz, wojskowy?

    To jest tak samo specyficzne środowisko, jak i środowisko nauczycieli, policjantów, służby zdrowia itd. – każde z nich ma swoje przywary i żyje zgodnie w zawodowym kalendarzem. Tak naprawdę otoczenie budujemy my sami. Wydaje mi się, że z biegiem lat i tak te granice się zatarły, że każde ze środowisk bardziej otworzyło się na inne. Mamy przyjaciół zarówno po stronie rodzin wojskowych, jak i poza nimi, i nie rozróżniamy ich w ten sposób. Nasze środowisko bywało hermetyczne, ale teraz jest wymiana, może ta otwartość wynika z tego, że już coraz rzadziej mieszka się na wyłącznie wojskowych osiedlach. Teraz jest tam też wielu cywilów. Dzięki temu te środowiska się przenikają.

     

    Czy wrażliwość żony weterana ulega zmianie w trakcie związku?

    Jesteśmy bardziej wyczulone na niuanse. Kiedy coś się komuś dzieje, to dziwnym zbiegiem okoliczności docieramy jakoś do tej osoby. Wspieramy się, kiedy coś się dzieje blisko nas, zwłaszcza, jeśli chodzi o dzieci. Np. było ogłoszenie, że dziecko straciło nogę w trakcie wypadku. To jest dla naszego środowiska znany przykład, bo wielu z naszych mężów jest po amputacjach, dlatego szybciej wyłapujemy te wiadomości z otoczenia i mocno się w to angażujemy. Wiemy o czym się mówi, kiedy ktoś traci jakąś część siebie. Kiedyś tego tak łatwo nie zauważałyśmy.

    Na pewno jest wśród nas większa uwaga na wydarzające się zło, gotowość do pomocy, aby pokazać, że nikt nie jest sam ze swoim cierpieniem. Same tego doświadczyłyśmy, same to chcemy oddawać.

     

    Czego uczy mąż weteran?

    W każdym kontekście tego słowa – uczy cierpliwości, poszukiwania dróg do zrozumienia siebie. Kiedy rozmawiamy z dziewczynami, to zawsze pojawia się temat braku wzajemnego zrozumienia. Wiele z nas doświadczało np. bezsenności męża. Budzili się w nocy i po raz kolejny analizowali trudne sytuacje z misji. Kobiety na początku tego nie rozumiały. Naturalne jest, aby pomyśleć, że coś się dzieje z relacją, że on jej o czymś ważnym nie mówi – klasyczne kręcenie filmu w głowie. To jest totalne odcięcie się od domu, obowiązków, jemu się nic nie chce, nic go nie interesuje, zamyka się na świat, to co wcześniej go bawiło już go nie śmieszy.

    Mężczyzna nie potrafi się tym otwarcie dzielić, to wychodzi długo później, po wielu próbach rozmów. Nie wynika to z tego, że nie chce, ale na początku, kiedy wszystko jest jeszcze świeże w pamięci, to nie potrafi tego robić. Jemu się wydaje, że chroni kobietę, a kobiecie, że się oddala od rodziny. On liczy na to, że samo się ułoży. A kiedy temat nie jest omówiony, to powoduje, że ludzie się nawet rozstają. To jest brak wzajemnego zrozumienia, wymaga on nauki przez każdą ze stron, aby znaleźć drogę we własnym kierunku, aby się odzyskać.

     

    Jak po powrocie z misji układają się relacje między ojcem, a dziećmi? Domyślam się, że wszyscy muszą nauczyć się siebie na nowo?

    To zależy od wieku, w jakim są dzieci, kiedy rodzic wyjeżdża. U nas to była nieobecność kilkumiesięczna. Przed wyjazdem, przygotowania trwają kilka miesięcy, czyli ta nieobecność jest duża. Powrót też nie jest natychmiastowy, poukładanie rytmu życia w pewną regularność trwa. Zależy to też od stanu psychicznego oraz fizycznego w jakim dana osoba wróciła, oraz czy w trakcie misji wydarzyły się jakieś wypadki.

    Podczas nieobecności mężów, kobiety przyjmują na siebie rolę matki, żony, męża. Zajmujemy się wtedy wszystkim. I bardzo często naszym błędem jest to, na co zwracają nam uwagę psychologowie, że nie umiemy odpuścić po powrocie mężczyzn. Kiedy mąż wraca, niech przejmie z powrotem swoje role. Te obowiązki sprzed wyjazdu powinny do niego wrócić, część z nich można podzielić na nowo. My tego na początku nie umiałyśmy oddać.

    Często tak było, że dzieci, zwłaszcza chłopcy w wieku lat dwunastu, trzynastu, piętnastu przejmowali na siebie odpowiedzialne role głównego mężczyzny w domu. Mieli zakodowane, że  to oni będą pilnować wszystkiego, bo takie dostali zadanie od taty. Po powrocie trzeba to wszystko z powrotem ułożyć, przypomnieć synowi, że ty jesteś jeszcze dzieckiem, powinieneś wrócić do swojej roli.

     

    Czy u żon weteranów też występuje zespół stresu pourazowego?

    Mówi się, że jeśli choruje mąż lub żona, która była na misji, to choruje cała rodzina. I to się sprawdza, te przeżycia są trudne, przechodzi się przez to bardzo ciężko. Rany otwarte, fizyczne łatwiej się znosi, można je zaleczyć szybciej niż rany psychiczne. Mamy przypadki, że żony też się leczyły w klinice stresu bojowego, bo problemy relacyjne z mężami je przerastały. Z zewnątrz człowiek jest czasami twardy, ale wewnątrz to nadal jest „otwarta rana”.

     

    Jak taki związek wpływa na docenianie codzienności? Czy po powrocie dokonuje się jakieś przewartościowanie?

    Przewartościowanie jest zawsze wtedy, gdy kogoś dotnie jakiś problem. Wtedy zaczynasz żyć na nowo. Wtedy życie zmienia się momentalnie. Kiedy człowiek jest młody, bywa że na życie patrzy mocno konsumpcyjnie, dąży do zbudowania domu, dorobienia się samochodu, mnóstwa gadżetów potwierdzających w jakimś sensie jego status. Gdy jednak coś się wydarzy, stwierdza, że materializm nie ma aż tak wielkiego znaczenia. To, co ważne do życia to druga osoba i tworzenie rodziny.

    Musisz mieć kogoś, kto pomoże Ci odbudować się, wzmocnić wewnętrzną siłę. Jest u nas dokładnie tak, jak w bajkach – związek jest na dobre i na złe. Kiedy są trudności, wtedy to się naprawdę potwierdza. Dzisiaj możesz mieć karierę, możesz być superważny, jednak jutro możesz tego nie mieć. A ta bliska osoba jest z Tobą w każdej chwili.

     

    Kiedy jest ten najważniejszy moment, w którym kobiety decydują się na poszukiwanie dla siebie pomocy?

    To jest chwila, kiedy zdają sobie sprawę, że same tego nie pociągną, że coś je przerasta, że nie dadzą sobie rady. Są zmęczone i mimo prób, nie znajdują żadnego dobrego wyjścia.

    Wspierają teściów, rodziców, dzieci, nie pokazują strachu, aby nie osłabiać najbliższych. Wieczorami siedzą same ze swoimi myślami i kumulują w sobie ten cały strach – własny i ten przejęty od rodziny. Ważne jest wtedy wsparcie innych dziewczyn, które żyją tymi samymi sprawami, znają je z własnej codzienności. Nie zawsze to jest od razu wizyta u psychologa, czasem wyzwalająca jest rozmowa z kimś, kto po prostu rozumie problem.

     

    Czy u osób powracających z misji pojawia się problem uzależnień?

    Jest to ogromny problem, który jak dotychczas, jeszcze nie jest dobrze rozpoznany. Kładziemy nacisk na to, aby warsztaty były prowadzone wraz z żonami, aby umiały się one odnaleźć w nowych sytuacjach. To przecież one w pierwszej kolejności widzą, co dzieje się z najbliższą jej osobą. Uczymy kobiety podczas warsztatów, aby umiały dostrzegać i rozumieć problemy uzależnienia i współuzależnienia, jakie mogą się wydarzyć w ich życiu, aby umiały działać z wyprzedzeniem, jeśli zauważą jakieś niepokojące symptomy.

    Dużym problemem jest uzależnienie od alkoholu, nie tylko mężczyzny, ale też pijącej z nim dla towarzystwa kobiety. Chcąc zatrzymać go w domu, mieć pewność gdzie będzie, żony miewają pomysł, aby w tygodniu siedzieć po pracy z mężami przy piwie. A przecież uzależnienie kobiety jest inne niż mężczyzny, one uzależniają się szybciej i jest to dla nich bardziej obciążające. Wtedy nie ma już innego wyjścia, konieczny jest terapeuta, który będzie pomagał w rozwiązaniu już nie tylko kwestii uzależnienia, ale też tego wszystkiego, co było jego przyczyną.

     

    Dziękuję Ci za pełną życiowej mądrości rozmowę!

     

     

    ANETA STĘPIEŃ – Inicjatorka akcji „Razem Silne” oraz koordynatorka kampanii społecznej na fb „Dzień Weterana – Szacunek i Wsparcie”. Prywatnie – żona weterana, matka dwójki dzieci, żyje w towarzystwie psa i kota.

     

  • Po co światu nasza niezależność?

    Po co światu nasza niezależność?

    Wywiad z Magdaleną Sokołowską – Leger – trenerką rozwoju osobistego, mediatorką i coachem, wykładowcą akademickim. 

     

    Joanna Pastuszak – Cybulska – Jesteś mediatorką, trenerką komunikacji i inteligencji emocjonalnej. Jaki jest cel Twojej pracy, skoro ludzie porozumiewają się ze sobą na co dzień?

    Magdalena Sokołowska – LegerDobra komunikacja pozwala budować satysfakcjonujące relacje, zarówno w pracy, jak i w domu. Ja pomagam ludziom dogadać się ze sobą i z innymi, by mogli pracować lub żyć razem „lepiej niż jakoś”. Wierzę, że to właśnie pozytywne relacje są fundamentem szczęśliwego i spełnionego życia. Niestety, nikt nas tego nie uczy i na pytanie „Jak się dogadujesz z szefem, mężem, teściami?”, bardzo często pada odpowiedź – jakoś.

    Z czego to może wynikać?

    Wydaje się nam, że umiemy rozmawiać, bo robimy to na co dzień, ale zwykle jest to dość powierzchowne, właśnie takie „jakieś”. Trudne tematy zamiatamy pod dywan, bo boimy się reakcji drugiej osoby na nasze słowa, albo zwyczajnie, brakuje nam śmiałości i odwagi, by szczerze powiedzieć co myślimy lub czujemy. Dlatego czasem wolimy „ugryźć się w język”. Z drugiej zaś strony, są osoby, które nie mają problemu z mówieniem tego, co myślą, ale robią to w sposób, który niszczy relacje.

    Czasem jest też tak, że mówimy coś mając dobre intencje, a reakcja rozmówcy jest zgoła inna, co powoduje w nas frustracje, z którymi nie umiemy sobie poradzić.  Marzę o tym, aby w szkołach pojawił się taki przedmiot jak inteligencja emocjonalna, żeby dzieci od najmłodszych lat mogły poznawać siebie, uczyć się rozpoznawania emocji i sposobów radzenia sobie z nimi.

    Dlaczego mamy dbać o nasz styl komunikacji? Przecież od dziecka uczymy się mówić, nazywać pewne rzeczy, sytuacje…

    Trzeba o to zadbać, ponieważ nasze komunikowanie się nie ma odpowiedniej jakości. Z perspektywy mamy dwóch synów: lat 10 i 1, obserwuję to w wersji „live”. Dzieci nie mają problemu, aby dbać o swoje potrzeby, one są bardzo „asertywne”. Zastanawiam się, jak my – rodzice, zabijamy tą naturalną troskę o siebie i swoje potrzeby? Od najwcześniejszych lat stymulujemy rozwój naszych dzieci rozróżniając wychowanie dziewczynek i chłopców. Małe dziewczynki słyszą najczęściej, że nie wypada im się złościć, „złość piękności szkodzi”. A zagniewany chłopak, nawet jak przeklnie, to wizerunkowo wydaje się to być takie męskie, poważne.

    Proponuję zatem komunikację w oparciu o inteligencję emocjonalną. Kiedy ktoś mówi do dzieci „nie dyskutuj!”, ja mówię „niech dyskutuje” – to bardzo ważne, aby umieć wyrażać siebie i swoje zdanie. Lub kiedy dziecko zgubi ulubioną zabawkę, nie można tego bagatelizować, tylko dać mu do zrozumienia, że przeżywane emocje są ważne. Można przecież powiedzieć „Rozumiem, że jest Ci przykro”, i zaakceptować dziecięcy smutek.

    Zauważam też tendencję, że obawiamy się łez, smutku, przykrych emocji u dzieci i robimy wszystko, żeby odczuwane wrażenia zniknęły, obiecujemy, że kupimy nową zabawkę. Odwracamy uwagę od smutku. A nienazwane odpowiednio lub bagatelizowane w dzieciństwie emocje, wracają w dorosłości z nową mocą.

    Carl Gustaw Jung mówił: „Jeśli nie uczynimy świadomym nieuświadomionego, to będzie ono nami sterować, a my będziemy to nazywać przeznaczeniem”. Jeśli jako dorośli nie przyjrzymy się naszemu dzieciństwu, bardzo trudno będzie stworzyć nam szczęśliwą przyszłość.

    Czy to właśnie na tym etapie powinnismy wykazywać już naszą niezależność? Jakie widzisz korelaty między komunikacją, a niezależnością?

    Jasne komunikowanie swoich potrzeb i oczekiwań, jest pewną formą wyrażania swojej niezależności. Choć osobiście uważam, że lepiej jest, kiedy dobra komunikacja i niezależność jest efektem budowania swojej świadomości, pracy nad sobą, aniżeli celem samym w sobie.

    Wyobraź sobie górę lodową. Jej wierzchołek, czyli część nad powierzchnią wody, która symbolizuje to, co dostrzegamy: zachowania, słowa, mimikę, czasem emocje. Ta warstwa powierzchowna jest częścią czegoś większego, czegoś, czego nie widać na pierwszy rzut oka: nasze pragnienia, skrywane emocje, nasze wartości, przekonania, przeżyte doświadczenia, poczucie własnej wartości. Czy my siebie lubimy, co my o sobie wiemy, czy my w ogóle wiemy, jacy jesteśmy?   

    Nie zawsze to, co mówimy jest odzwierciedleniem tego, co tak naprawdę myślimy i czujemy. Czasem sami tego nie wiemy. Niektórzy wpadają w pułapkę powierzchowności i za bardzo skupiają się na wierzchołku, pomijając część o wiele ważniejszą – swoje wnętrze.

    Inaczej mówiąc, autentyczna niezależność i jakość komunikacji, zależy od tego, jak głęboko odważysz się zajrzeć w głąb siebie.

    Skoro wyrażamy naszą niezależność m.in. poprzez to, co mówimy, czym więc jest sytuacja, kiedy np. cynicznie lub złośliwie komentuję nieaprobowane zachowanie koleżanki? Oznacza to, że mam problem z akceptacją swoich słabości i dlatego uwypuklam jej wpadki?

    Ludzie stosują bardzo różne strategie poradzenia sobie z problemami. Nawiązując do wspomnianej wcześniej metafory góry lodowej – jeśli swój styl komunikowania opieramy tylko na tej powierzchownej sferze i nigdy świadomie nie zanurzyliśmy się w głąb siebie, to pewnie trudno będzie nam siebie zrozumieć i budować pozytywne relacje z innymi.      

    Brak uważności na tę sferę może skutkować wybieraniem strategii, które dają nam jedynie iluzje lepszego samopoczucia. Cynizm i złośliwości mogą oznaczać bardzo wiele rzeczy: może to być problem z akceptacją swoich słabości, może to być nawykowa reakcja na pewien typ osoby lub jej zachowane, które budzi w nas demony przeszłości, może też być skutkiem nieprzegadanego problemu, który nadal budzi emocje przypominając, że kiedyś coś nas zabolało i nadal boli, a czasem jest po prostu objawem specyficznego poczucia humoru.

    Po co światu w ogóle potrzebna jest nasza niezależność?

    W moim przekonaniu, niezależność jest jedną z kluczowych składowych autentycznego poczucia  szczęścia. Skupiając uwagę na świadomym budowaniu swojej niezależności, dzieje się coś bardzo ważnego – stajemy się proaktywni, czyli bierzemy odpowiedzialność za swoje życie. Nie czekamy na idealne warunki, aby coś się zadziało, ani nie czekamy, aż ktoś rozwiąże nasze problemy. Bierzemy sprawy w swoje ręce szukając sposobu, a nie wymówek. Świat byłby piękniejszy, gdyby większość ludzi zaprosiła do swojego życia takie proaktywne budowanie szczęścia.

    A Tobie z czym kojarzy się niezależność?

    Niezależność kojarzy mi się z wolnością na kilku płaszczyznach, na przykład niezależność finansowa, mentalna, wreszcie emocjonalna. Ta ostatnia jest mi najbliższa z racji tego, czym się zajmuję, czyli rozwijaniem inteligencji emocjonalnej i empatycznej komunikacji. Wolność emocjonalna – wbrew temu, co wiele osób myśli – wcale nie polega na wyparciu emocji. Wręcz przeciwnie, polega na akceptacji wszystkich emocji, umiejętności poradzenia sobie z nimi i wyrażaniu ich poprzez konstruktywną komunikację z drugim człowiekim.

    Niezależność mentalna rezonuje mi z autentyczną pewnością siebie, kiedy nic nikomu nie musisz udowadniać. Nikomu nie podporządkowujesz siebie, robisz to, czego pragniesz, a nie to, co wypada. Twoje działania wynikają z wewnętrznego spokoju, i z tego, że żyjesz tak, jak chcesz. Nie jest to łatwe, zwłaszcza w pojedynkę, chociaż, nie trzeba być singielką, żeby czuć samotność. Dlatego też organizuję różne warsztaty i sesje coachingowe, gdzie wspieram kobiety w budowaniu odwagi, wiary w siebie i poczucia „Chcę tego i dam radę”.

    Samotne kobiety są OK, ale one automatycznie kojarzą się nam z niezależnością, maksymalną samodzielnością. Słusznie?

    Pozwolę sobie przytoczyć historię Weroniki, którą poznałam podczas mediacji rozwodowej. Kobieta po 40-stce, która wraz z decyzją o odejściu męża, rozpadła się na tysiące emocjonalnych kawałków. Tak ją wtedy zapamiętałam. Jednak trzy lata później, nasze drogi skrzyżowały się ponownie. Nie dowierzałam, kiedy zobaczyłam nad wyraz pewną siebie i silną kobietę. Taki obrazek był wspomnianym wierzchołkiem góry lodowej. Szybko bowiem okazało się, że to, co działo się wewnątrz tej kobiety, bardzo różniło się od tego idealnego obrazka. Weronika doszła do ściany i potrzebowała pomocy. Żeby poradzić sobie z  trudnymi emocjami związanymi z rozwodem, nieświadomie poddała się pewnym mechanizmom obronnym. Zamrażając lub wypierając swoje emocje, wpadła w niebezpieczną pułapkę „Ja Wam wszystkim pokażę!”. Przybrała maskę niezłomnej Wojowniczki, Zosi Samosi, która poradzi sobie w każdej sytuacji bez proszenia innych o pomoc.

    Efekt był taki, że była wyczerpana fizycznie, psychicznie i emocjonalnie.

    Zdecydowała się iść na terapię, aby „odmrozić” emocje i przepracować trudny czas. U mnie natomiast uczyła się języka NVC (wyjaśnienie niżej), by komunikować swoje potrzeby w empatyczny sposób.

    Reasumując, bardzo często my same wysyłamy światu takie komunikaty samodzielności i niezależności bo proszenie o wsparcie, nie wiedzieć czemu, uznajemy za słabość. Bzdura. To jest właśnie akt odwagi.

    W jaki sposób kobiety mogą komunikować w związku, że chcą większej niezależności? Przyznasz, że kobiety bywają czasami niezdecydowane, nie wiedzą dokładnie jak nazwać niezależność i powiedzieć o tym partnerowi, boją się, że ich pragnienie zwiększenia samodzielności zostanie odebrane w odwrotny od zamierzonego, sposób.

    To niezdecydowanie kobiet bardzo często ma swoje źródła kulturowe, związane z przypisanym społecznie archetypem „matki Polki”, i w efekcie wielu przekonań, w które ślepo wierzymy. To, czy mówisz jasno, czego pragniesz, czego potrzebujesz, co Ci się podoba, a co nie, jest odzwierciedleniem przekonań. Czyli wszystko zaczyna się w głowie. Dlatego tak ważne jest, by przyjrzeć się swoim przekonaniom i sprawdzić, które z nich wspierają relacje, a które ją niszczą. Do czego sobie dajesz prawo?

    Zrób sobie test. Z jakimi uczuciami przechodzą Ci przez gardło takie słowa:

    Mam prawo do odpoczynku.

    Mam prawo być kochana.

    Mam prawo być szczęśliwa.

    Mam prawo wyrażać to, co myślę i czuję.

    Chcę być szanowana.

    Jestem ważna.

    Wiele moich klientek przychodzi na coaching właśnie po to, by przepracować przekonania, które odbierają im poczucie szczęścia.

    Brak komunikacji z samym sobą, uwikłanie się we własne pragnienia, brak poznania siebie powodują, że nie umiemy nazwać tego, co czujemy i czego oczekujemy. Kto ma gorzej – kobiety, które nie wiedzą co czują, czy mężczyźni, którzy nie chcą tego nazywać?

    Mężczyźni, kiedy już przyjdą na sesję, mają bardzo wiele do powiedzenia. Oni również ponoszą konsekwencje wychowania i czynników kulturowych, które „programują” definicje męskości. Od małego słyszą, że chłopaki nie płaczą, a prawdziwi mężczyźni niczego się nie boją. To przykre. Emocje nie mają płci. Są w każdym z nas.

    Co do kobiet, mechanizm jest bardzo podobny. Im także wmawia się od dziecka jakie powinny być, a jakie nie. Bardzo boli mnie to, że nadal tak wiele kobiet nie daje sobie prawa do marzeń, do szczęścia, do spełnienie zawodowego, do odpoczynku i ciągle ustawia swoje potrzeby na końcu, bo wszyscy inni są ważniejsi niż ona.

    Takie nieuświadomione przekonania mogą być źródłem wielu frustracji…

    I w konsekwencji rodzi się konflikt. Mamy zwykle do czynienia z dwoma rodzajami konfliktu: otwartym i zamkniętym. Ten drugi jest trudniej przepracować, bo trzeba znaleźć jego przyczynę, która bardzo często jest zamieciona pod dywan. Czasem nawet ludzie nie pamiętają, od czego się zaczęło. W przypadku otwartości, ludzie mają przestrzeń, aby wyrazić swoje opinie.

    Dobrze jest, kiedy pary kłócą się w sposób konstruktywny, czyli taki, kiedy są nastawieni na zrozumienie siebie nawzajem, a nie serwowania listy oczekiwanych zmian. Związek to jest mozaika, piękno relacji versus niespełnione potrzeby, o których rozmawia się ze sobą z gorącymi emocjami.

    A kiedy jednak nie da się dojść do satysfakcjonującego porozumienia, wtedy możemy wspomóc się mediacjami?

    Jako mediatorka interweniuję w dwóch przypadkach: kiedy jest konflikt i ludzie chcą go rozwiązać, by dalej żyć razem lub współpracować „lepiej niż jakoś”. Często zdają sobie sprawę ze swoich niedociągnięć i decydują się na trening komunikacji, albo akademię rozwoju osobistego.

    Czasem jednak dochodzą do wniosku, że jest już za późno na wspólny rozwój i zostają podjęte radykalne kroki. Wówczas rolą mediatora jest stworzenie takiej przestrzeni, gdzie mogą się rozstać godnie i z klasą.

    Zatem efektem mediacji jest zmiana?

    Życie człowieka nigdy nie jest constans. Nie jesteśmy tymi samymi osobami, co piętnaście lat temu. Co kilka lat wszystkie komórki naszego ciała ulegają wymianie. „Osoba to płynny proces. Płynąca rzeka zmian”, tak o nas, ludziach, mówił psycholog Karl Rogers.

    Myślimy, że wychodzimy za Kazika, a Kazik po jakimś czasie jest kimś innym. Nie ma powodu z nostalgią rozpatrywać tego, co minęło. Ważne, co robimy z naszym „dzisiaj” i dokąd nas ono zaprowadzi.

    Uzyskiwane podczas mediacji efekty np. w postaci decyzji o rozwodzie, diametralnej zmianie nawyków i przyzwyczajeń, obietnicy samemu sobie, że o coś zawalczę, zawsze ukierunkowane są na to, co będzie, na nowe życie w większej szczerości względem siebie i uważności na motywy podejmowanych decyzji. Mediacje zazwyczaj kończą się happy endem. Nawet, jeśli doraźnie wygląda to na porażkę, jak wspomniany rozwód, to po jakimś czasie, jest to punkt zwrotny, który może rozpocząć bardziej świadome, odpowiedzialne życie.

    Na czym więc polega praca trenera komunikacji, mediatora?

    Przede wszystkim uczę rozmawiać szczerze i empatycznie, tak, żeby mówiąc o ważnych i trudnych sprawach nie budować murów, a jedynie mosty łączące ludzi.

    W tym celu przygotowałam autorski program treningów komunikacji, w którym zebrałam całą swoją wiedzę i doświadczenie, by pomóc innym w  konstruktywnym wyrażaniu siebie i empatycznym słuchaniu innych. Sama przeszłam długą drogę rozwoju i doskonale wiem, jak bardzo jest to trudne.

    Po pierwsze, jeśli chcesz zrozumieć innych, najpierw musisz zrozumieć siebie i od tego zaczynamy. Poznajemy własny styl komunikowania się związany z typem osobowości, a wraz z nim mocne strony i obszar do przepracowania.

    Następnie przyglądamy się różnym przekonaniom na swój temat, jak i to, co myślimy o innych, o świecie, i miłości, itd.

    Kolejny krok, polega na zaproszeniu do komunikowania się w empatii, która jest najpiękniejszą drogą rozpoznawania potrzeb swoich i innych ludzi. Taki model komunikowania się zwany „Porozumienie bez przemocy” (ang. Nonviolent Communication, NVC) zaproponował Marshall Rosenberg.

    Dla mnie, to coś więcej niż model komunikacji, to filozofia życia.

     

    Dziękuję za inspirującą rozmowę.

     

     

    MAGDALENA SOKOŁOWSKA – LEGER – Trenerka rozwoju osobistego, mediatorka i coach, wykładowca akademicki, prowadzi Centrum Rozwoju Osobistego Meliores. Specjalizuje się w rozwijaniu empatycznej komunikacji oraz inteligencji emocjonalnej. Inaczej mówiąc – pomaga ludziom dogadać się ze sobą i z innymi, by żyć lub pracować razem „lepiej niż jakoś”. Uczy rozmawiać szczerze, asertywnie i empatycznie. Wspiera w odnajdywaniu utraconego spokoju, wewnętrznej mocy i autentycznej pewności siebie.

    Prywatnie uwielbia thrillery psychologiczne, koncerty rockowe i kuchnię francuską.

  • Nie musisz być silna, musisz znać metodę

    Nie musisz być silna, musisz znać metodę

    Wywiad z Izabelą Dejdą, właścicielką „Kobiecej Akademii Zdrowia” i marki „Zdrowo w biegu”.

     

    Joanna Pastuszak-Cybulska: Czy można o Tobie powiedzieć, że jesteś instruktorką żywienia? 

    Iza Dejda: W dużym uproszczeniu można tak powiedzieć. Jednak ja do tego tematu podchodzę z szeroką perspektywą. Pokazuję kobietom, jak dzięki zmianie sposobu odżywiania można żyć lepiej i osiągać więcej. Jest ścisły związek między spożywanym jedzeniem, a odnoszeniem sukcesów, spełnianiem marzeń i byciem szczęśliwym.

    Programy przemiany które stworzyłam, owszem, zawierają wiedzę co jeść, jak jeść i kiedy jeść, ale to tylko ułamek wiedzy, którą przekazuję. Uczę planowania zmiany, lepszej organizacji, pokazuję, jak budować trwałe nawyki, które mogą ułatwić nasze życie i wiele w nim zmienić.

    Pożywienie wpływa na nasze emocje i nastrój, pracę umysłu i szybkość podejmowania decyzji, a nawet na pewność siebie. Jeszcze większe znaczenie ma czas niejedzenia, czyli stosowanie postów (na przykład post Intermittent Fasting) oraz odpowiednie przerwy między posiłkami. Niestety, w obecnych czasach, kiedy jedzenie na każdym kroku jest obok nas, maltretujemy organizm wiecznym trawieniem, a to również obniża naszą produktywność.

    Jaki wpływ na nasze funkcjonowanie i myśli ma to, czym się żywimy? 

    Ta zależność jest ogromna i wpływa nawet na naszą samoocenę! 

    Wielu z nas jest uzależnionych od jedzenia w mniejszym lub większym stopniu. Wiele osób jest tego nieświadoma. Ciągle mamy ochotę coś zjeść czy się napić, podjadamy między posiłkami, często myślimy o słodkim, a wieczorem nie możemy się opanować, aby nie „porwać” czegoś z lodówki.

    Czujemy, że coś jest nie tak, zaczynamy coraz gorzej się czuć, mniej zadowalająco wyglądać. Próbujemy to zmienić i wierzymy, że powinno się udać, bo przecież wszędzie widzimy metamorfozy i innym się udaje. A tak nie jest i nam nie wychodzi lub wychodzi, ale krótkotrwale.

    Więc jak wtedy mamy się czuć? Takiej osobie wydaje się, że jest nieudacznikiem, nie potrafi wytrwać w założonych celach, zapanować nad sobą i swoim życiem. Brak efektów wywołuje też frustrację, przestaje w siebie wierzyć i myśli o sobie źle. A taka postawa i negatywne myślenie wpływa na wszystkie nasze życiowe decyzje.

    Najgorszym wrogiem naszych myśli i codziennego funkcjonowania jest cukier. I nie mam tu na myśli tylko cukru jawnego – sypanego, ale także ukryty, który jest obecnie wszędzie w produktach spożywczych. Czasami jogurt pitny reklamowany jako zdrowy, ma więcej cukru niż czekolada, a woda smakowa więcej cukru niż lody.
    Cukier bardzo szybko nas uzależnia i ma olbrzymi wpływ na nasze emocje, wywołuje wahania nastrojów, wieczne poddenerwowanie, irytację, a także „zamglenie umysłu”.

    Czyli błędem jest stosowanie diety, jeśli nie eliminujemy cukru? 

    Moim zdaniem warto sobie odpuścić wszystkie diety, a zająć się zmianą fundamentów zdrowego odżywiania. Pierwszym krokiem, zaraz obok prawidłowego nawodnienia organizmu, jest właśnie eliminacja cukru jawnego i ukrytego. To cukier jest odpowiedzialny za rozregulowanie pracy hormonów trawiennych i bez odzyskania tej równowagi, każda zdrowa przemiana będzie bardzo trudna i najczęściej chwilowa. 

    Problem jednak jest w tym, że konsument jest pogubiony i nie wie, które produkty są bogate w cukier. Lobby cukrowe jest bardzo silne i mocno zakorzenione w branży spożywczej. Wszelkie chwyty marketingowe, typu fit, light, czy bez cukru oraz świetne reklamy telewizyjne działające podprogowo, robią straszne zamieszanie w głowach konsumenta.

    Odniosę się jeszcze do samego słowa dieta, które kojarzy się z wyrzeczeniami. Raczej unikałabym tego określania, podobnie jak i samych w sobie diet. Lepszym podejściem jest zmiana podstaw zdrowego odżywiania, a przy tym naprawa organizmu i odzyskanie równowagi hormonalnej. Takie podejście daje trwałe efekty i jest duża szansa, aby zachować je na zawsze.

    Warto pamiętać, że zdrowe odżywianie kiedyś, a zdrowe odżywianie dzisiaj ma zupełnie inny wymiar, bo bardzo zmienił się nasz styl życia. Coraz mniej się ruszamy i mamy coraz gorszej jakości pożywienie. I to dlatego wiele dietetycznych porad, wyuczonych w starym systemie nie daje efektów. Ja opieram się głównie na wiedzy medycznej.

    To jak jedzenie wpływa na nasze decyzje? 

    Kiedy jesteśmy odpowiednio odżywieni, czyli nie brakuje nam energii w postaci kalorii, ani substancji odżywczych, wówczas nasze ciało i umysł osiągają stan równowagi.
    Nasza głowa zaczyna zupełnie inaczej pracować. Wzmaga się pamięć i koncentracja, logiczne myślenie, podejmujemy bardziej wyważone i przemyślane decyzje, i co najważniejsze, nie są one podszyte wyłącznie emocjami.

    I odwrotnie, cukier i brak nawodnienia organizmu wywołują mgłę mózgową i wzbudzają negatywne emocje. Jesteśmy zmęczeni, ospali, mamy problem z myśleniem, komunikacją z innymi, szybko się denerwujemy, jesteśmy niespokojni. W takich warunkach zapadają zupełnie inne decyzje i nie zawsze są one trafne.

    Czyli w ujęciu mentalnym, możemy tu zaryzykować stwierdzenie, że jakość naszego pożywienia wpływa na nasze poczucie niezależności, pewności siebie? 

    Tak, oczywiście! Prawidłowe odżywianie powoduje, że lepiej się czujesz i lepiej wyglądasz, a pełna akceptacja siebie wpływa na Twoją samoocenę i pewność siebie. Osoba znająca swoją wartość zupełnie inaczej postępuje w życiu i więcej też w nim osiąga swoje cele o wiele bardziej świadomie.

    Dzięki zmianie odżywiania możesz zacząć drogę odzyskania nie tylko poczucia własnej wartości, ale także pewności siebie. Stajesz się niezależną i zdecydowaną kobietą, która dokonuje własnych wyborów i żyje na własnych warunkach. Sama decydujesz, co jest dla Ciebie odpowiednie.

    Jest jeszcze aspekt akceptacji siebie, który wpływa na Twoje relacje z otoczeniem. Kiedy lubisz siebie i lubisz swoje towarzystwo, wówczas nie masz już takiej potrzeby bycia z kimś za wszelką cenę, nie poszukujesz wsparcia i poparcia u kogoś. Nie jesteś też toksyczną osobą dla innych, a i sama jesteś w stanie się uchronić przed toksycznymi relacjami.

    A czy jest powiązanie między złym odżywaniem, a uzależnieniami? 

    Tak, złe odżywianie, wywołuje kolejne uzależniania. 

    Już jedzenie, samo w sobie, może być uzależnieniem. Pożywienie przede wszystkim ma być dla nas „paliwem” i dostarczać energię do życia. W rzeczywistości często jest zupełnie inaczej, staje się lekarstwem na nudę, złe emocje i nagrodą za wszelkie zło. A dalej zaczyna się błędne koło. Źle się odżywiam, więc kiepsko się czuję i wyglądam, ale nie chcę o tym myśleć. W zastępstwie zajmuję się czymś innym, co ma mi poprawić humor i wtedy często wpadam w uzależnienia. Napiję się kieliszek wina, kupię sobie nowy ciuszek i wiele innych. 

    Najczęstsze uzależnienia mające destrukcyjny wpływ na człowieka, to alkoholizm, narkomania, pracoholizm, seksoholizm, nikotynizm, hazard, zaburzenia odżywiania i moim zdaniem – zakupoholizm i uzależnienie od social media. Nie zdajemy sobie sprawy, jakie poważne jest uzależnienie od portali społecznościowych. Kochamy podglądać innych, kochamy newsy, afery, hejt, kochamy lajki pod naszymi zdjęciami. Coś się dzieje, pojawia się dopamina i od niej uzależnienie. Bardzo polecam dopaminę z social media zamienić na sportowe endorfiny i wtedy pojeździć na rowerze, poskakać, pobiegać. To uzależnienie jest znacznie bezpieczniejsze, a efekty uboczne zaskoczą Cię w lustrze.

    Drugi problem to nakręcony do granic możliwości konsumpcjonizm. Media wyśrubowały w ludziach olbrzymią potrzebę „muszę to mieć”, „muszę to kupić i to za wszelką cenę”. Mało tego, że „muszę to mieć”, to jeszcze muszę pokazać innym, że to mam, że dzięki temu jestem ważna.
    Każdy zakup, to uderzenie dopaminy i chwilowe szczęście. Czy rzeczywiście dana rzecz jest nam potrzebna, to już ma mniejsze znaczenie, bo tu chodzi o ten moment wejścia w posiadanie kolejnej rzeczy, tego chwilowego szczęścia, które jest uzależnieniem.

    Jest jeszcze element podnoszenia własnej wartości, otaczanie się drogimi i markowymi rzeczami. 

    Dla większości, droga marka ubrań, drogi samochód, wielki dom, mówią o statusie człowieka i świadczą o jego wartości. Jakie to jest często błędne pojmowanie! Jak to ktoś mądry kiedyś powiedział „kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy, za pieniądze, których nie mamy, żeby zaimponować ludziom, których nie lubimy”.  I tak kredyt kredytem popędza, nasza stabilność finansowa kuleje, a my coraz gorzej się w tym całym „niby” bogactwie czujemy.

    To wszystko jest powiązane z naszymi emocjami, a te są powiązane z żywieniem. Więc jest ścisła zależność, między sposobem odżywiamy, a tym jakie życiowe decyzje podejmujemy. Nikt nie chce, aby ktoś lub coś kontrolowało jego życie. Chcemy być Panem / Panią własnego życia, a uzależnienia nam to odbierają.

    Praca nad zmianą nawyków żywieniowych to jest proces. Wymaga on samozaparcia, odpowiedzialności za decyzje. Czy dieta jest tylko dla silnych osób? 

    Nie, powodzenie w każdej dziedzinie, nie tylko przy zmianie odżywiania, może odnieść każda osoba.

    Sukces tkwi w podjętej metodzie działania. Obecnie nastały takie czasy, że wszyscy od siebie oczekujemy spektakularnych efektów, a jak takich nie ma, to tracimy poczucie sensu zadania.

    W rzeczywistość powinno być odwrotnie. To systematyczna mróweczka osiąga spektakularne efekty, a nie porywający się na duże cele Herkules. Nie umiemy swoich celów rozłożyć na mniejsze kroczki, aby przy realizowaniu każdego z nich osiągać sukces, a tym samym budować motywację do dalszego działania. Mniejsze kroki to mniejsze sukcesy, ale dzięki temu cały czas idziemy do przodu. Ludzie trochę zapominają, że obok realizacji swoich założonych celów, na przykład zmiany sposobu odżywiania, toczy się jeszcze normalne życie, w którym uczestniczymy. Nasza przemiana nie może zająć całej tej przestrzeni, a jedynie jej skrawek. Nie porzucimy naszego całego życia dla niej. Przecież my mamy ogrom innych obowiązków i czekają też bliscy. 

    Dlatego bardzo dobrze sprawdza się metoda małych kroczków i ja w ten sposób stworzyłam Kobiecą Akademię Zdrowia. Przez pół roku wdrażamy małe, ale trwałe kroczki zdrowej przemiany. Jest to pierwszy taki produkt w Polsce w kategorii odżywiania. Śmieję się, że to taki „Netflix” ze zdrowymi serialami, który cały czas podtrzymuje zainteresowanie. Co tydzień nowy odcinek, bo wiedza udostępniana jest etapowo, a co miesiąc nowa opłata, która nie obciąża portfela (subskrypcja). Świetnie się sprawdza taka forma i w ten sposób powstają Królowe Życia, czyli kobiety niezależne.

    Jaka jest Twoja rola w pomaganiu kobietom, jak powinny w sobie tę zmianę budować? 

    Przekazuję wiedzę dotyczącą mojego modelu odżywiania (to dosyć trudna wiedza oparta na diabetologii) oraz uczę metod przemiany poprzez małe kroczki. W ten sposób zmieniamy się na kilku płaszczyznach. Mamy coraz więcej energii, coraz lepiej wyglądamy, a dzięki sukcesom coraz bardziej wierzymy w siebie i w swoje możliwości. Przecież cały czas nam się udaje, stajemy się coraz bardziej niezależne. Jedzenie nie ma już nad nami kontroli i to teraz my decydujemy, jakie nowe nawyki wdrażamy w nasze życie.

    Moje uczestniczki programów wiedzą, że nawyk, to niebezpieczny Pan, ale doskonały sługa.

    Warto budować prawidłowe nawyki, bo to aż 40-60% naszych codziennych czynności, które wykonujemy automatycznie, bez podejmowania decyzji i bez wysiłku.
    Kiedy uda nam się wdrożyć w życie prawidłowe nawyki, to zyskujemy czas i energię na realizację innych celów. Wychodzi na to, że nawyki również pomagają nam być osobą niezależną.

    A czy dieta może być powodowana czymś innym niż zdrowymi potrzebami organizmu? Może być np. próbą udowodnienia sobie lub komuś czegoś? 

    Niestety najczęściej tak właśnie jest. Osoby podejmują zdrową przemianę, bo chcą lepiej wyglądać, żeby podobać się innym i być w pełni akceptowanymi. Tak nie powinno być.
    Kolejnym bodźcem jest poprawa wyglądu dla siebie, żeby sobie udowodnić, że potrafię. Dbałość o swoje zdrowie oraz lepszą jakość życia na pewno nie są przewodnimi impulsami podjęcia przemiany.

    Najrzadziej jednak ludzie łączą zmianę odżywiania z lepszą pracą umysłu, większą produktywnością. A to również wpływa na przedsiębiorczość, a w ostateczności na niezależność.

    Dla mnie ten cel był powodem zgłębiania nauki odżywiania. Chciałam więcej w życiu osiągać i nie martwić się o siebie i bliskich w przyszłości.

    To jest więc dobry moment na to, aby zapytać o Twoją definicję niezależności. 

    Pierwsze moje skojarzenia z niezależnością to spokój, bezpieczeństwo i zdrowie. Drugie skojarzenie to wolność i życie w zgodzie ze swoimi wartościami. Niezależność dzielę na finansową i mentalną.

    Podstawą niezależności finansowej jest najpierw mądre zarządzanie tymi pieniędzmi, które mamy, a następnie budowanie nowych źródeł dochodu i inwestowanie. Niestety u większości osób wraz ze wzrostem dochodów wzrastają również potrzeby i poziom życia, a zabezpieczenia finansowe wciąż są na tym samym poziomie, albo w ogóle ich nie ma.

    Obecnie moja pensja jaką sobie przelewam stanowi 10-15% moich zysków. Naprawdę niewiele mi trzeba do szczęścia i jak się okazuje mam zupełnie inne potrzeby niż większość. Za to cały czas inwestuję w swoją firmę i zabezpieczenia na przyszłość. Sprawia mi to radość.

    Jestem też zdania, że powinniśmy mieć minimum trzy źródła dochodu i najlepiej zupełnie ze sobą niepowiązanych. Tak też buduję swoje zabezpieczenia. Mam nieruchomości, biznes online „Zdrowo w Biegu” który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył i jestem też właścicielką marki Tucan, która produkuje wielofunkcyjne kostiumy na lato. Niestety ten ostatni biznes w pandemii totalnie się załamał, ale za to online z nawiązką nadrobił. I właśnie o to w tym chodzi, jedna odnoga ma problem, to druga pomaga.

    Kolejna sprawa to poduszka finansowa minimum na pół roku, choć ja mam na dwa lata, co już jest lekką przesadą. Nie wyobrażam sobie życia od pierwszego do pierwszego, albo – co gorsza – na kredytach. Pamiętajmy, że obawa o naszą sytuację finansową bardzo wpływa na nasze zdrowie, bo wywołuje wyniszczający nas stres.

    Część druga, związana z mentalną niezależnością to jest równie ważny poziom. Całe życie samodzielnie podejmuję decyzje o swoim życiu. Rodzina, partner, znajomi nie mają na mnie wpływu. Trochę też tak ukształtowały mnie okoliczności życiowe. Było chwilami ciężko, ale za to teraz jest dużo łatwiej. 

    Jedyna rzecz, która zaczęła mi z wiekiem doskwierać, to praca dla kogoś, albo może nawet inaczej, brak możliwości tworzenia czegoś większego. Początkowo praca dawała mi satysfakcję, wprowadzałam nowoczesny lek na cukrzycę do Polski dla amerykańskiego koncernu. Z czasem jednak pracodawca stał się dla mnie uzależnieniem. Po pierwsze wiedziałam, że moja pensja może zwiększyć swój poziom o jedyne 30% przy wewnętrznym awansie, co mnie nie bardzo interesowało, a po drugie nie mogłam się spełniać i rozwijać. Pozbyłam się tego uzależnienia i teraz mam własną firmę.

    Jak zaczęła się Twoja niezależność finansowa? 

    Budowanie mojej niezależności finansowej zaczęło się już w młodym wieku, kiedy jako siedemnastolatka zaczęłam pracę i od razu część pensji odkładałam. Nawyk mądrego zarządzania pieniędzmi i ograniczania zbędnych potrzeb mam w sobie chyba od zawsze i nie wiem, skąd się to wzięło, to chyba głos rozsądku i jakaś opatrzność.

    Jeśli chodzi o biznes, to zaczęłam tak, jak duże firmy, metodą start-upowa. Będąc na etacie, zbudowałam swoje miejsca w internecie: strona www, sklep, social media (wszystko robiłam sama), a także społeczność, czyli potencjalnego klienta. Zrobiłam pierwsze małe produkty i testowe dwie sprzedaże, żeby sprawdzić, czy chwyci. Chwyciło i to jak! Dopiero wtedy wzięłam się na poważnie za tworzenie swojego biznesu. 

    Jeśli ktoś teraz sobie myśli, ale jak to pogodzić w czasie, etat i budowanie biznesu? Nie było łatwo, bo miałam bardzo absorbującą pracę, ale wygospodarowałam na to godzinę, wstając codziennie o piątej rano. Czyli codziennie przez rok od piątej do szóstej budowałam fundamenty swojego biznesu. Ludzie nie wierzą w małe kroki, a jednak można osiągnąć spektakularne efekty. Już w pierwszym roku przychody były wielokrotnością mojej korporacyjnej pensji. Jak ktoś nie lubi ryzyka, to bardzo polecam tę metodę. 

    Co najbardziej lubisz w niezależności?

    Możliwość życia w zgodzie ze sobą i ze swoimi życiowymi wartościami. Każdemu życzę takiego życia i za wszystkich mocno trzymam kciuki!

    Mieszkasz między Polską, a USA. Co nas odróżnia od nacji amerykańskiej w drodze po niezależność? 

    Polskie społeczeństwo nie docenia siebie, a w szczególności kobiety mają z tym problem. 

    Amerykanie uważają, że są najlepsi we wszystkim i nie ma lepszych od nich. Państwo zakorzeniło w nich to poczucie ważności, bo przecież należą do najpotężniejszego kraju na świecie.

    Czy tak jest naprawdę? Uważam, że nie, to my jesteśmy bardzo bystrym i mądrym narodem. Mamy jedynie problem z docenianiem siebie. Brak nam odwagi do działania, nie wierzymy w siebie, a szkoda! Boimy się porażek, zmian, bo i też historycznie nie było u nas za ciekawie. Nie jesteśmy bogatym państwem, nie czujemy się zbytnio wspierani.

    Natomiast dla mnie, porażka to super sprawa. To wskazówka, co należy poprawić, gdzie popełniliśmy błąd i co zrobić, aby go nie ponowić. To po prostu kolejna forma nauki.
    Nawet moim uczestniczkom z programów zdrowej przemiany mówię „kiedy dopadnie Cię pokusa, nic się nie martw, ona była przewidziana, popraw koronę i działaj dalej zgodnie z planem”! Nie obawiajmy się porażek. Jesteśmy super społeczeństwem i na bardzo wiele nas stać.

     

    Dziękuję za ważną i zaskakującą rozmowę! 

     

    IZA DEJDA – biotechnolog, medyczny ekspert żywienia i przedsiębiorca. W późnym wieku porzuciła korporację i w 43 roku życia zbudowała dochodowy biznes. Stworzyła autorski model odżywiania oraz programy przemiany, które pomogły już setkom kobiet. Jest też twórcą pierwszej w Polsce subskrypcyjnej Kobiecej Akademii Zdrowia, w której dojrzewają  Królowe Życia.

     

     

  • Moc wrażliwości

    Moc wrażliwości

     

    Wywiad z Panią Iwoną Guzowską, wielokrotną mistrzynią świata w boksie i kick-boxingu, byłą parlamentarzystką, autorką książki „Najważniejsza decyzja” . 

     

    Joanna Pastuszak-Cybulska: Czym jest dla Pani niezależność kobiet? 

    Iwona Guzowska: Dla mnie, niezależność jednostki jest elementarnym prawem do którego każdy z nas powinien mieć taki sam dostęp. W kategoriach życia w pewnym systemie, nie można powiedzieć, że niezależność jest stuprocentowa dla każdego z nas. Nie jesteśmy niezależni, nie jesteśmy wolni we wszystkich obszarach naszego życia. To poczucie wymusza na nas fakt, że urodziliśmy się w obowiązującym nas systemie wartości, historii. 

    Niezależność przejawia się w tym, czy człowiek żyje zgodnie ze swoimi pragnieniami, zgodnie ze swoimi założeniami, zamierzeniami. Jest ona silnie uzależniona od indoktrynacji, wychowania, od czynników, które na nas wpływają od samego dzieciństwa. Niezależność człowieka w podejmowaniu swoich własnych decyzji, w podążaniu swoją własną drogą, jest według mnie, bardzo mocnym otwarciem na wolność. Ale – co ważne –  można ją osiągnąć. 

    Dlaczego kobiety nie wiedzą, że mogą oczekiwać niezależności?

    Podkreślę, że mężczyźni mają podobnie. Od dzieciństwa słyszymy, że nie jesteśmy kompletni. Co przez to rozumiem? Chociażby to, że mówi nam się „znajdź swoją drugą połówkę”. Że sama w sobie nie jestem kompletna, że muszę znaleźć „swoją połówkę”, aby doświadczyć szczęścia. Niezależność kobiet zanika, bądź się z niej rezygnuje wtedy, kiedy wchodzimy w związki. 

    Kobiety popełniają błąd wierząc, że bycie w związku to jest absolutny priorytet. Są przekonane, że muszą zrezygnować z siebie, swoich marzeń na rzecz tego, co zostało im wpojone. Żebym była dobrze postrzegana i oceniana przez moich bliskich, muszę mieć męża, dzieci, dom. To nic, że moje wartości zupełnie nie pasują do tej wizji. Uważam, że to właśnie z tego powodu biorą się wewnętrzne konflikty, poczucie niespełnienia. 

    Wydaje się, że bardziej niż w innych przypadkach, panie, które trenują sztuki walki, kick boxing, są świadomymi siebie kobietami, okazują tym swoją niezależność. Które cechy charakteru pomogły Pani w trenowaniu tego wymagającego sportu? 

    Każdy sport i każda indywidualna droga kariery wymaga niezależności, odwagi i umiejętności podążania za głosem własnego serca, determinacji, pewnej zadziorności. Nie ważne czy kobiety uprawiają jakikolwiek sport, czy dążą do rozwoju w sferze biznesowej, naukowej – to wszystko wymaga dokładnie tych samych cech. 

    Ja zawsze miałam w sobie bardzo silny pierwiastek wolności, niezależności, zawsze chodziłam jak kot własnymi drogami.  Miałam kilka momentów w życiu, kiedy się pogubiłam, kiedy w jakimś stopniu zrezygnowałam z bycia samą sobą. Sport to była miłość od pierwszego wejrzenia. Kiedy weszłam na arenę, poczułam tych ludzi i ich energię, każda komórka mojego ciała „skakała i krzyczała”: To jest to! Muszę to robić! Taki był początek mojej drogi. 

    Co na początku było największym wyzwaniem w podporządkowaniu siebie sportowi? 

    Największym wyzwaniem był dla mnie moment, kiedy zostałam młodą mamą. Miałam wtedy osiemnaście lat i do tego podążałam własną, niezależną drogą. 

    Cały aspekt sportowy to było budowanie siebie krok po kroku, poznawanie nowych możliwości, samej siebie, niesamowitej potęgi woli walki, umysłu, fokusowania się na celu. To, co robię dzisiaj ze sportowcami prowadząc ich w karierach sportowych, to jest dokładnie taka sama droga – pokazywanie i odkrywanie, że Ty też masz mistrza w sobie. Obudź go, bo wszystkie rozwiązania masz już w sobie!

    Jeśli są jakieś przeszkody, to obecnie są do tego odpowiednie narzędzia, aby się z nimi uporać. Mi nikt w tym nie pomagał. Sama musiałam odkrywać mechanizmy do których dzisiaj ludzie mają dostęp poprzez pracę z coachami, trenerami mentalnymi, poprzez książki, publikacje, filmy w internecie.  Dzisiaj można bardzo dużo tego znaleźć, a wtedy, tego nie było. 

    To były przecież lata dziewięćdziesiąte …

    To było strasznie dawno temu! I właśnie dzięki temu, dzisiaj spokojnie mogę wykonywać swoją pracę z pasją, bo jestem praktykiem. Teorii też mam w zanadrzu bardzo dużo, ale przede wszystkim, jestem praktykiem. Wszystko, czego uczę jest poparte moimi rozwiązaniami. 

    Kiedy byłam młodą mamą, młodym człowiekiem, który oprócz siebie nie miał nic, bagaż bardzo trudnych doświadczeń nie był dla mnie „kulą u nogi”, a raczej elementem, który wystrzelił mnie „jak z procy” do góry. Wiedziałam, że chcę konkretnie takiego życia. Małam wszystko dokładnie przemyślane, zaplanowane, i po prostu tak się działo. Jak odkrywa się w sobie pasję, to żadne trudności nie są przeszkodą, aby dążyć do tego celu. 

    Jednak samo osiąganie celu to nie wszystko. Droga do niego –  to jest „clue”. Budowanie siebie, upadki, powstawanie po tych upadkach, to jest proces, który z perspektywy czasu dużo bardziej sobie cenię niż zwycięstwa. Sukcesy dawały ogromną satysfakcję, radość i utwierdzały mnie w tym, że ma to sens. Ba! Że jestem najlepsza na świecie! W pewnym momencie jednak nie spodobał mi się obraz mnie samej jako „gwiazdy”, przekonanej, że jestem już pępkiem świata. Szybko zarzuciłam takie przekonanie o sobie. To są pułapki na młodych ludzi, a sport to właśnie domena młodości. Każdego z nas czasem to spotyka. 

    Uważa Pani, że jest „dobry” i „zły” ból? Może nam on w czymś pomagać? 

    Ból jest dobry. Jest częścią najsilniejszego instynktu – instynktu przetrwania. Gdyby nie ból, nie moglibyśmy żyć ostrożnie, mądrze, poprawiać swoich błędów. Wiecznie wchodzilibyśmy do ogniska, cięli się nożem albo spadali z wysokości. Natomiast ból psychiczny, duchowy jest dużo bardziej dotkliwy, niż ten fizyczny. Z bólem fizycznym jesteśmy sobie w stanie poradzić. Wielu ludzi, którzy doświadczają bólu psychicznego różnego pochodzenia: bólu istnienia, związanego z brakiem poczucia szczęścia, poczucia miłości, szacunku, akceptacji, mają ogromne trudności aby go pokonać. 

    Dla mnie, sport był sposobem na to, aby spalić się na popiół, a potem, żeby odrodzić się niczym feniks. Poprzez stawanie na krawędzi wytrzymałości psychofizycznej, musiałam siebie, jako człowiek, obrócić w ten popiół. Ale dzięki temu zobaczyłam, że tam, w tej „czarnej dziurze” jest absolutnie wszystko, czego potrzebuję. Wchodząc w to, narodziła się lepsza wersja mnie samej. Ale ten ból jest jednak nieunikniony. 

    Gdyby nie ból, nikt z nas by nie wzrastał, nie zmieniał się. Gdy siedzimy sobie w cieple, zapuszczamy korzenie, jest nam dobrze, „pleśniejemy”, i tak sobie siedzimy dopóki się coś nie wydarzy, coś przełomowego, coś wstrząsającego. I dopiero wtedy otrząsamy się i zastanawiamy, jak do tego doszło, dlaczego to moje dobre, bezpieczne życie runęło? 

    Jaki priorytet ważności powinna mieć wśród kobiet umiejętność samoobrony? 

    Dla nas wszystkich jako istot, bezpieczeństwo, nienaruszalność naszych granic, powinna być elementarna, my nie powinnyśmy w ogóle o tym teraz mówić. Ale to byłoby w idealnym świecie. W świecie, w jakim żyjemy, ale też z doświadczenia pracy z kobietami potwierdzam, że warto znać się na samoobronie. Nie dlatego, aby musieć kogoś unicestwić, ani nie dlatego, że spodziewam się ataku, ale po to, aby poczuć własną siłę, własną moc sprawczą. 

    Jeśli jestem 50-cio kilogramową  kobietą, czy to znaczy, że jestem słaba? Nie. Życie nieraz pokazało, że w sytuacjach kryzysowych, kiedy trzeba uratować siebie albo dziecko, nawet drobna kobieta potrafi podnieść samochód. Skąd ma taką siłę? Przecież nie trenuje podnoszenia ciężarów? W sytuacji zagrożenia działa się z nadludzką mocą i poczucie tej siły sprawczej dodaje kobietom pewności siebie. Dodaje jej też kobietom, które doświadczyły w swoim życiu przemocy i niemocy.

    Syndrom ofiary – to jest ważny aspekt. Kobiety, które najczęściej stają się ofiarą przemocy fizycznej, psychicznej, seksualnej, to są kobiety, które mają „wgrany” program ofiary, boją się, mają niską pewność siebie. A dla człowieka, który atakuje innego ważne jest, aby znalazł słabszego od siebie, fizycznie lub psychicznie. Pokazano to w amerykańskich badaniach przeprowadzonych na więźniach osadzonych za poważne przestępstwa. Więźniom pokazano film, na którym między innymi, badacze – statyści chodzili ulicą. Badani więźniowie mieli wybrać potencjalną ofiarę swojego ataku. Bezbłędnie można było przewidzieć wyniki tych badań. Każdy z groźnych przestępców wybierał postać, która swoją postawą najbardziej emanowała niepewnością, strachem, wycofaniem. 

    Zajęcia z samoobrony to jest często pierwszy krok dla kobiet, które doświadczyły przemocy. Pomaga on im uwierzyć w siebie, poczuć swoją moc sprawczą. Kiedy zmienia nam się nasza postawa poprzez to, co myślimy, jak myślimy i poprzez dialog wewnętrzny, to nagle okazuje się, że potrafimy iść wyprostowane, dynamiczne i z taką energią, która odpycha potencjalnego agresora.

    Tego właśnie uczy Pani na swoich warsztatach? 

    Women Power Campy to są spotkania w różnych miejscach Polski. Pierwsza zasada jest taka: poznaj swoje wewnętrzne sterowniki, czego się boisz, dlaczego masz konkretną blokadę, z jakiego powodu ona istnieje, do czego ma ci służyć? Jest to praca na wszystkich poziomach: umysł, ciało i duch. Aby ten proces był kompletny, ważne jest zajęcie się tymi wszystkimi obszarami. Służą temu m.in. zajęcia z komandosami, czyli mądrymi, doświadczonymi i silnymi mężczyznami, którzy uczą, że możesz przeżyć noc w lesie z wilkami i niedźwiedziami, i będziesz się tam czuć bezpiecznie. Po tej nocy obudzisz się i powstaniesz jak feniks z popiołów, wtedy już nic Cię nie zatrzyma.

    Następny etap to warsztaty ze mną. Jest to praca z nieświadomym umysłem. To ważne, bo właśnie tam mamy schowane różnego rodzaju sterowniki, które pchają nas do konkretnego działania albo blokują nas. Jest też trochę szamańskich, kobiecych ćwiczeń, które otwierają duszę. 

    Współczesna kobieta woli być nieco męska, ma silny pierwiastek męski i denerwują ją bezradne kobiety. Mamy takiego mocnego animusa, że musimy działać, rozstawiać wszystkich po kątach, porządkować wszystko, jednocześnie dbając o sfery typowo kobiece. Zarzucamy się obowiązkami, a to jest perfekcjonizm, który nas męczy. Jesteśmy przemęczone i dziwimy się, że mężczyźni wokół nas widzą nas jako ultrasilne kobiety i np. nas nie przytulają. A to my same ich blokujemy. 

    Kiedy kandydowała Pani do sejmu, towarzyszyło Pani hasło „siła wrażliwości”. To są raczej przeciwstawne faktory. 

    Dzisiaj powiedziałabym „moc wrażliwości”. Nie użyłabym obecnie słowa „siła”, bo to „moc” jest taką energią, którą generujemy. Tworzymy ją poprzez inne emocje, niż te, które są nisko skalibrowane, jak np. złość, zazdrość, agresję, niepewność, brak akceptacji. „Moc wrażliwości” jest bardziej harmonijna. 

    Kiedy jesteśmy skupione na tym, aby mieć otwarte umysły i uwagę na drugiego człowieka, wtedy nasza moc jest dużo większa. Jaką mamy moc sprawczą, kiedy pomagamy sobie, kiedy „zarażamy siebie” dobrą energią, radością, miłością do życia, akceptacją siebie i innych, szacunkiem? To ma tak ogromny ładunek!

    Możemy zobaczyć na przestrzeni dziejów, że wielkie wojny ustały. Wygrywa dobro, chęć pokoju i pragnienie tego, żeby każdy z nas miał prawo wyboru życia zgodnie ze swoimi zasadami, podstawowymi archetypami jak miłość, pełnia, wrażliwość. Nie uważam więc, że „moc wrażliwości” to są zwalczające się wyrażenia. To jest raczej bardzo wąski promień, który pokazuje, że im bardziej wrażliwi jesteśmy, im więcej pokazujemy serca, tym większą mamy moc. 

    Od osób znanych, cenionych, oczekuje się, aby po zakończeniu kariery „nie znikali”, aby mieli coś do powiedzenia. Jaką ma Pani obecnie misję? 

    Dla mnie zawodowy sport był drogą do rozwoju duchowego. Ja nie mam wobec nikogo żadnych oczekiwań, dlatego też nie zwracam uwagi na to, czego oczekują ode mnie inni. Fakt, że w moim przypadku sport przełożył się na tą konkretną misję był możliwy dlatego, że zawsze miałam odwagę podążać za głosem własnego serca. I to zawsze było dla mnie najważniejsze. Działam zgodnie z tym, co mi „w duszy gra”, a nie z tym, jakie ktoś ma wobec mnie oczekiwania. 

    Jaki jest zatem główny cel Pani szkoleń? 

    Szkolenia dla biznesu, dla menedżerów, to przede wszystkim pomoc w odkryciu „dlaczego szanuję siebie, ale nie szanuję Ciebie?”. Zespół prowadzony przez takiego lidera będzie zawsze kulawy, niekompletny i ludzie z takiego zespołu bedą uciekać. Szacunek do innych powinien zawsze iść w parze z szacunkiem do siebie i do świata. 

    Popularny niedawno skandynawski model „work and life balance”, jest nieco omylny. Bez względu na to, czy postrzegamy życie przez pryzmat biznesu czy sfery prywatnej, to ciągle jest to całe nasze życie. I żeby ono było kompletne, będzie zawierało wszystkie te elementy. Coraz więcej nowoczesnych przedsiębiorstw opartych o „turkusowe zarządzanie”, czyli egalitarność, określenie tych samych kierunków rozwoju, szacunku do siebie, realizacji zadań mając również na uwadze dobro globalne – to jest nasza szansa jako ludzkości, aby zmienić świat na lepszy. Jest to poziom „ja – my”, współpracy z innymi, ale według najpiękniejszych zasad.

    Podczas mojej kariery, odwiedzałam często domy dziecka, bo taka też po części była moja historia prywatna. I kiedy je odwiedzałam, poczułam sens pracy z młodzieżą, żeby dać im żywy przykład, że to od nich zależy, co zrobią ze swoim życiem. Dopiero potem przyszedł czas na szkolenia biznesowe, warsztaty dla kobiet. Nie mniej jednak, wszystko czym zajmowałam się jako zawodowy sportowiec ma obecnie przełożenie na to, czym dzielę się z ludźmi. 

     

     

    W imieniu naszych Czytelników i swoim, serdecznie dziękuję za rozmowę. 

     

    IWONA GUZOWSKA – wielokrotna mistrzyni świata w kick boxingu i boksie, polska parlamentarzystka w sejmie VI i VII kadencji. Autorka autobiograficznej książki „Najważniejsza decyzja” w której dzieli się z czytelnikami opowieścią o swojej drodze do mistrzostwa. Po zakończeniu zawodowej kariery sportowej, koncentruje się na szkoleniach dla biznesu i kobiet chcących zbudować i rozwinąć swoją odwagę.

     

     

  • „Poddawanie się” nie leży w mojej naturze

    „Poddawanie się” nie leży w mojej naturze

    Wywiad z Panią Patrycją Cierocką-Szumichorą, dyrektorem kreatywnym domu mody „Patrizia Aryton”.

     

    Joanna Pastuszak – Cybulska: Zacznijmy naszą rozmowę od pojęcia niezależności. Jak rozumie Pani niezależność kobiet? 

    Patrycja Cierocka – Szumichora: Podejmując decyzje odnośnie swojej ścieżki zawodowej czy swojego życia, kobieta niezależna nie kieruje się opiniami osób „z zewnątrz”. Samostanowi o sobie, nie przejmuje się, czy jej decyzja jest „po myśli” otoczenia, czy zostanie dobrze przyjęta. Podejmuje takie decyzje, jakie wewnętrznie czuje, jakie są z nią spójne. Jest to też kobieta, którą stać na takie wybory, która ma siłę finansową, ma możność realizowania swoich planów. 

    Które z wymienionych elementów, są według Pani, najtrudniejsze do osiągnięcia przez kobiety? Dlaczego tak jest?

    Najtrudniejsze jest odczepienie się od opinii innych, od tego, co pomyślą ludzie, jak zareaguje otoczenie, jak decyzja zostanie przyjęta. I ten element jest o wiele trudniejszy niż uzyskanie niezależności finansowej. Sama niezależność finansowa nie wystarczy nam do tego, aby stać się naprawdę niezależną. Najtrudniejsza jest niezależność mentalna. To najtrudniej jest kobietom podjąć, bo mamy silne uwiązanie względem stereotypów, jesteśmy silnie zakorzenione w ramach, które nas otaczają. Jeśli natomiast mamy wyzwolony umysł, nasz sposób myślenia jest naprawdę niezależny, łatwiej jest nam wtedy uzyskać stabilność finansową.

    Jest Pani kreatorką mody, co naturalnie kojarzy się z niezależnością, wolnością umysłu. Czy zawsze było tak, że wiedziała Pani czego oczekuje od siebie, od swojej firmy? 

    Przez długi czas nie wiedziałam za dobrze w jakim kierunku iść i robiłam to, co większość w branży, czyli realizowałam schematyczne działania przypisane do naszej branży. Starałam się prognozować trendy, natomiast nie było w tym naszego indywidualnego DNA.

    Przekładanie na produkt naszej filozofii, jest efektem zmian w ostatnich latach. Wcześniej robiliśmy to książkowo: benchmark, obserwowaliśmy konkurencję, zastanawialiśmy się jak doszli do tego, co osiągnęli, w jaki sposób my możemy dojść tam, gdzie są oni. Tak wyglądała nasza strategia działania do momentu, gdy kilka lat temu zadaliśmy sobie pytanie, po co mamy podążać czyjąś ścieżką? Wyznaczmy naszą ścieżkę! I od tego momentu, poczucie naszej firmowej filozofii jest w nas głęboko zakorzenione. 

    Na każdym etapie weryfikujemy, czy nasze pomysły są zgodne z filozofią marki. Jak z ludźmi – powtarza się im „Bądź sobą!”, ale trudno czasem określić co to tak naprawdę znaczy. Kiedy zagłębiliśmy się w to, kim jesteśmy jako marka, to okazało się, że odpowiedź jest w nas. Nie trzeba było tworzyć nowej identyfikacji czy opracowywać czym mamy się wyróżniać. Zagłębiliśmy się w to, w czym jesteśmy najlepsi i potraktowaliśmy to jako nasz wyróżnik. 

    Projektanci mody to artyści, twórcy, kreatorzy nowych trendów. Skąd Pani czerpie pomysły do tworzenia swoich projektów? Jak rozbudzić w sobie podobną kreatywność? 

    Pomysły zbieram zewsząd. Uważam, że osoby kreatywne są nastawione na odbieranie bodźców. Według mnie, kreatywność wiąże się z wrażliwością. I w każdej najdrobniejszej sytuacji należy być otwartym na to, że znajdzie się jakaś inspiracja. Jeśli miałabym komuś poradzić, jak być bardziej kreatywnym, to poleciłabym popularną obecnie koncepcję uważności. Bo to jest właśnie to – oczy, uszy otwarte, obserwowanie, wyciąganie wniosków, nie patrzenie na świat jak na ekran telewizora, na jaki nie mamy wpływu. Patrzenie w taki sposób, żeby wiedzieć, że z każdej rzeczy, sytuacji możemy dla siebie coś wyciągnąć.

    W jaki sposób „Patrizia Aryton” odróżnia się od innych firm z branży modowej w Polsce? Co świadczy o Waszej odrębności?

    Mam tę przyjemność, że pracuję w zespole, nie jestem samowystarczalna. Obserwacja konkurencji należy do zadań jednego z członków naszego zespołu. Ja staram się nie obserwować naszej najbliższej konkurencji, bo obawiam się, że podświadomie coś zostałoby w mojej pamięci, że wpadłabym w jakąś kliszę myślową. Odcinam się od tego całkowicie. 

    Kierując naszymi działaniami, zdecydowałam, że chcę działać w oderwaniu od schematów, które są w sektorze mody. Każdy rynek jest wystandaryzowany, na każdym rynku są rzeczy które się robi, i których się nie robi, pewne rzeczy wypada, a pewnych nie wypada. Postanowiliśmy więc – niczym kobieta niezależna mentalnie – że odetniemy się od sztywnych zasad. Niezależnie, czy to pasuje do naszego rynku, czy nie. Mamy na coś ochotę – robimy to, bez pytania siebie nawzajem, czy wypada. 

    Co pozwala Pani na trzymanie się obranego kursu? Czy macie w firmie hasła, które pilnują kierunku w jakim idziecie? 

    Nie mamy haseł strategicznych. Kiedy jest jednak chwila słabości, i jakiś problem leży na naszej drodze i utrudnia przejście, to mam zasadę, aby wycofać się na chwilę. Tak, jak sugerował Platon w metaforze o jaskini. Przywódca (choć dziś powiedzielibyśmy – menadżer) nie może patrzeć na wszystko z bliska, musi nabrać dystansu. Jeśli jesteśmy w jaskini i widzimy cienie na ścianie, to wydaje nam się, że to jakiś tygrys u wrót. A jeżeli wyjdziemy z jaskini i spojrzymy na nią spoza jej wnętrza, to częstokroć okazuje się, że ten wielki cień to mały kotek. I jakkolwiek jest to bardzo trudne, bo mam emocjonalny związek z moją firmą i chcę od razu walczyć z przeciwnościami, które stają jej na drodze, to czasem lepiej się wycofać. Najlepiej jest zająć się wtedy kompletnie czymś innym, iść na przykład do parku i z uwagą obserwować liście, drzewa…. W momencie, kiedy wracamy do naszego problemu okazuje się, że on wcale nie jest tak duży. A przecież problem dużo łatwiej okiełznać, kiedy czujemy, że jesteśmy w stanie nad nim zapanować.

    Kiedy kolekcja sprzedaje się dobrze, a firma osiąga wyznaczone cele, jak celebruje Pani sukcesy? 

    Nie robię tego, nie celebruje osiągnięcia konkretnego celu. Dla mnie sukcesem jest nieustanna praca, lubię sam fakt, że pracuję z fantastycznym zespołem i z nim  tworzę ciekawą markę. Szanuję to, że mogę się z tego utrzymać, i że dzięki tej pracy czuję się komfortowo. Nie chcę też, by poczucie mojego szczęścia było uzależnione od sukcesów zawodowych. Co byłoby, gdyby z jakiegoś powodu, niezależnego ode mnie, sukcesy te skończyły się „ot, tak”?

    Gdybym jednak uznała, że jest rzeczywiście jakiś sukces, który warto świętować, to zabrałabym rodzinę do lasu, żeby się odciąć i złapać balans. Zbytnie obnoszenie się z sukcesami może zabierać nam przekonanie, aby codziennie dawać z siebie jak najwięcej. Uważam, że ważnym elementem pracy przełożonego jest praca nad sobą, np. nad tym aby zachować w sobie pokorę… Ja nie jestem od urodzenia osobą pokorną. Długo nad sobą pracowałam, aż doszłam do obecnego momentu, kiedy czuję się szczęśliwsza, bo nie tak zorientowana na konkretny sukces, ale na uczciwą, rzetelną pracę każdego dnia.

    Myślę, że ta strategia pasuje do mnie. Do mojej – niekiedy – fanatycznej miłości do pracy i do mojego charakteru. Wzmacnianie pasji do pracy mogłoby mnie zabić ☺. Jestem jednak w stanie sobie wyobrazić, że są jednostki, dla których celebracja sukcesu jest motorem do dalszej pracy. Na tym polega piękno tego, że wszyscy jesteśmy wyjątkowi. 

    Przyznała się Pani kiedyś, że podejmowane na początku kariery decyzje nie były zbyt trafne. Co dawało Pani pewność, siłę do tego, aby nie poddawać się mimo braku efektów, jakie były spodziewane? 

    Niedopuszczalne jest dla mnie poddawanie się. Nie wiem w ogóle, po co miałabym to robić? Poddając się, mam pewność, że przegrałam, nic nie zyskuję. Poddawanie się nie leży w mojej naturze. Jak długo jest siła, są środki – walczymy, dajemy sobie szansę na wygraną. Poddając się – tracimy wszystko. 

    Czy na tę postawę mógł mieć wpływ fakt, że była to firma rodzinna, nie chciała Pani zawieść oczekiwań Rodziców? 

    Z pewnością tak było. Jestem w wyjątkowej sytuacji, w której jest niewiele osób w Polce, ponieważ ja się „urodziłam” w swojej firmie. Kiedy firma powstała, miałam cztery lata, więc z perspektywy mojej świadomości, ta firma była zawsze. I to jest wyjątkowa sytuacja, która powoduje u mnie olbrzymią odpowiedzialność. Miewałam nieraz poczucie, że to jest taka moja młodsza siostra, że muszę ją wspierać. Jest to stosunek wyjątkowo osobisty. 

    Niektóre dorosłe kobiety nie umieją poradzić sobie z „ciężarem rodziców”. Otrzymują niejednokrotnie „złote rady” i zalecenia, jak żyć, funkcjonować w biznesie. Czy rodzice dawali Pani przestrzeń odpowiednią do tego, aby samodzielnie prowadzić firmę, nie narzucając własnej wizji jej rozwoju? 

    Moi rodzice wiedzieli, jak ważne jest wzmacnianie niezależności. Mam dzieci w wieku trzech i siedmiu lat. Kiedy mój syn układa puzzle, muszę z sobą walczyć, aby mu nie pomagać. Przejęta, siedzę z nim i od czasu do czasu pokazuję gdzie pasuje dany puzzel, jakby od tego zależał los świata. Natomiast moi rodzice, od najwcześniejszych lat pokazywali mi, że mam pełną sprawczości w tym, co robię. Oni pozwalali mi się przewracać. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek płakała, z tego powodu, że rozbiłam kolana. To było dla mnie naturalne, że skoro uczę się jeździć na rowerze, to będę mieć krwawiące kolana. Wsiadałam z powrotem na rower i dalej uczyłam się jeździć. A oni – zamiast biec do mnie z plastrem na kolanko – gratulowali, gdy już opanowałam tę sztukę.

    Tę jazdę na rowerze można w sumie porównać do mojej pracy w firmie, bo rodzice pozwalali mi na przewracanie się, popełnianie błędów, nawet gdy ewidentnie widzieli, że podejmuję złą decyzję. Mówili, żebym się zastanowiła, bo ich zdaniem to nie jest dobra decyzja, ale nie blokowali jej. 

    Poświęcili dużo, abym mogła nauczyć się swojego fachu. Zaryzykowali. Są w moim poczuciu bohaterami.

    Czyli „wspierający rodzic” to jest oparcie, które daje odwagę do tego, aby sprawdzać co jest dalej, za kolejnymi zamkniętymi drzwiami?

    Tak, zgadzam się. Jestem trochę bardziej nadgorliwa od moich rodziców, ale staram się dawać moim dzieciom autonomię i wolność, bo to jest według mnie kluczowe w przyszłym, dorosłym życiu. To są drobiazgi, ale nawet w przypadku układania puzzli, choćby to miało trwać trzy dni, to dzieci mają świadomość, że same o sobie decydują. 

    W jaki sposób moda może pomóc we wzmocnieniu niezależności? 

    Wystarczy, że znajdziemy nasz własny styl dopasowany do osobowości. Jeśli stworzymy wizerunek osoby, który do nas kompletnie nie pasuje, to przestaniemy być wiarygodni. Tu nie chodzi o to, aby on był zgodny z dress codem i kropka. On ma być dopasowany do naszej osobowości i tak profesjonalny, jak to możliwe. 

    Gdybym prezentowała siebie w granatowym kostiumie z ołówkową spódniczką, jakkolwiek granatowy jest kolorem inteligencji i autorytetu, to gwarantuję, że nie uwierzyłaby mi Pani w żadne moje słowo, bo ja do granatowego kostiumu po prostu nie pasuję. W moim przypadku bardziej jest prawdopodobne, że na videokonferencji pokażę się w moherowym dresie i mocnej biżuterii, bo to jest „moje”. Tylko poprzez zgodność tego stylu z moją osobowością mogę wzbudzić zaufanie. Natomiast, jeśli wystroję się zgodnie z dress codem, ale zapomnę o tym, kim jestem, jakie wartości za mną stoją, to może się okazać, że podświadomie mój rozmówca wyczuje pewną niespójność i straci do mnie zaufanie. 

    Czy obrany przez nas styl jest modny czy nie, to jest kwestia drugorzędna. Nasz styl musi być zgodny z naszą osobowością i naszymi celami. Jeśli np. pracujemy w zawodzie zaufania publicznego, w banku, i naszym celem jest, aby wzbudzać zaufanie, to musimy wyglądać bardziej konserwatywnie. Natomiast, jeśli prowadzimy własną firmę, to nie musimy być konserwatywne w ubiorze, możemy czerpać z trendów.

    Prócz tego, że chcecie ubierać Polki elegancko i w doskonałą jakość, czy są jeszcze inne cele, które chcecie realizować poprzez swoje projekty? Jak ma czuć się kobieta ubrana w odzież „Patrizii Aryton”? 

    Rok temu zapoczątkowaliśmy kampanię „Jesteś idealna, kiedy jesteś sobą”. W tej kampanii zachęcamy kobiety do tego, aby uwierzyły, że piękno jest w nich. Wielokrotnie powtarzamy, że moda nie jest po to, aby kobiety uwierzyły, że będą piękniejsze, bo one już są piękne. Moda, jaką my proponujemy, jest po to, aby one wydobyły swoje piękno z siebie. Każda z nas jest piękna, to jest tylko kwestia znalezienia właściwego koloru, właściwej formy. Kiedy już się odpowiednio ubierzemy i widzimy się w lustrze, że dobrze wyglądamy, to nie jest cel sam w sobie. Celem jest to, że dzięki strojowi, czujemy się pewniej, czujemy się lepiej i zdecydowanie łatwiej jest nam osiągać nasze zamierzenia. 

    Jak obecnie prowadzicie sprzedaż? 

    Jest to sprzedaż internetowa oraz stacjonarna. Ja uwielbiam planować i to jedna z silniejszych stron naszej marki. Nie uciekamy od problemów. Kiedy widzimy, że nadciąga jakaś trudność, to szukamy sposobu na jej przezwyciężenie. Już na wiosnę przygotowywaliśmy się do tego, co może wydarzyć się w jesieni. Przyjęliśmy założenie, że nadejdzie druga fala epidemii. Co wtedy zrobimy? Zaplanowaliśmy jak będą działać nasze sklepy, jak przygotujemy kolekcję, jakie wprowadzimy funkcjonalności do e-sklepu. Nic nas nie zaskoczyło. Obecnie, po prostu wyciągamy z rękawa funkcjonalności, nad którymi pół roku wcześniej pracowaliśmy. 

    Jak w Pani ocenie dopasować swój wygląd do własnej firmy? Lepiej być doskonałą „twarzą” swojej marki od początku, czy też dorastać razem z firmą do coraz lepszego wizerunku? 

    Zdecydowanie, lepiej jest zacząć dbać o siebie od samego początku. Powiedzenie „Jak Cię widzą, tak Cię piszą”, mimo, że go nie lubię, to jednak w biznesie jest cały czas obecne. Bardzo często oceniamy kompetencje danej osoby na podstawie postawy, tonu głosu, pewności z jaką dzieli się twierdzeniami. Po kilkunastu latach obecności w biznesie, powierzchowność nie robi już na mnie wrażenia. 

    Kiedy rekrutuję kogoś albo pozyskuję partnera, staram się nałożyć podczas rozmowy na tę osobę pewien filtr – nie skupiam się na tym, jak ona wygląda, a jedynie na tym, co mówi. I to chyba jedna z ważniejszych cech, jakie nabyłam. Efekty tego eksperymentu zwykle są szokujące. Ktoś, kto prezentuje się nienagannie, w swojej wypowiedzi nie zawiera żadnej treści, zaś ten kto nie najlepiej się prezentuje, jeśli skupimy się na treści, okazuje się, że to jest samo złoto. 

    Jednak niestety, zwykle odbieramy ludzi na podstawie wyglądu i sami sobie tworzymy obraz danej postaci. Bazując więc na tej wiedzy, chcąc wejść w interakcje z klientami, zaprosić kogoś do biznesu, bez dopracowania wizerunku lepiej nie zaczynać. Dobrze jest odwiedzić wcześniej fryzjera, doradcę od wizerunku, zainwestować w tzw. statement pieces, dobrze skrojony garnitur, płaszcz, biżuterię która robi wrażenie. Inaczej na samym początku dużo stracimy. 

     

    Serdecznie dziękuję za inspirującą rozmowę. 

     

     

    PATRYCJA CIEROCKA SZUMICHORA – Dyrektor Kreatywna polskiej, rodzinnej marki PATRIZIA ARYTON. Uczyła się projektowania ubioru w Londynie i w Krakowie, ukończyła ekonomię w Gdańsku oraz studia podyplomowe z zarządzania marką luksusową wg programu realizowanego przez Akademię Leona Koźmińskiego we współpracy z florencką Polimodą. 

    Na przełomie 2008/2009 roku, gdy na świecie szalał światowy kryzys ekonomiczny, przejęła odpowiedzialność za kolekcje. Pierwsze miesiące – jak mówi sama o sobie – owocowały samymi złymi decyzjami. Potrzebowała czasu, aby nauczyć się słuchać dobrych rad i skutecznie wykorzystywać posiadaną wiedzę. Dzisiaj, odpowiada za kolekcję oraz komunikację marki. Pasjonatka socjologii mody oraz fanka nieszablonowych rozwiązań. W modzie klasycznej najbardziej lubi kontestację utartych schematów.

Fundacja Kobieta Niezależna
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z plików cookie, abyśmy mogli zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o plikach cookie są przechowywane w przeglądarce użytkownika i służą do wykonywania funkcji, takich jak rozpoznawanie użytkownika po powrocie na naszą stronę i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla niego najbardziej interesujące i użyteczne.

Możesz dostosować wszystkie ustawienia plików cookie, poruszając się po kartach po lewej stronie.