×

 

Wywiad z Panią Iwoną Guzowską, wielokrotną mistrzynią świata w boksie i kick-boxingu, byłą parlamentarzystką, autorką książki „Najważniejsza decyzja” . 

 

Joanna Pastuszak-Cybulska: Czym jest dla Pani niezależność kobiet? 

Iwona Guzowska: Dla mnie, niezależność jednostki jest elementarnym prawem do którego każdy z nas powinien mieć taki sam dostęp. W kategoriach życia w pewnym systemie, nie można powiedzieć, że niezależność jest stuprocentowa dla każdego z nas. Nie jesteśmy niezależni, nie jesteśmy wolni we wszystkich obszarach naszego życia. To poczucie wymusza na nas fakt, że urodziliśmy się w obowiązującym nas systemie wartości, historii. 

Niezależność przejawia się w tym, czy człowiek żyje zgodnie ze swoimi pragnieniami, zgodnie ze swoimi założeniami, zamierzeniami. Jest ona silnie uzależniona od indoktrynacji, wychowania, od czynników, które na nas wpływają od samego dzieciństwa. Niezależność człowieka w podejmowaniu swoich własnych decyzji, w podążaniu swoją własną drogą, jest według mnie, bardzo mocnym otwarciem na wolność. Ale – co ważne –  można ją osiągnąć. 

Dlaczego kobiety nie wiedzą, że mogą oczekiwać niezależności?

Podkreślę, że mężczyźni mają podobnie. Od dzieciństwa słyszymy, że nie jesteśmy kompletni. Co przez to rozumiem? Chociażby to, że mówi nam się „znajdź swoją drugą połówkę”. Że sama w sobie nie jestem kompletna, że muszę znaleźć „swoją połówkę”, aby doświadczyć szczęścia. Niezależność kobiet zanika, bądź się z niej rezygnuje wtedy, kiedy wchodzimy w związki. 

Kobiety popełniają błąd wierząc, że bycie w związku to jest absolutny priorytet. Są przekonane, że muszą zrezygnować z siebie, swoich marzeń na rzecz tego, co zostało im wpojone. Żebym była dobrze postrzegana i oceniana przez moich bliskich, muszę mieć męża, dzieci, dom. To nic, że moje wartości zupełnie nie pasują do tej wizji. Uważam, że to właśnie z tego powodu biorą się wewnętrzne konflikty, poczucie niespełnienia. 

Wydaje się, że bardziej niż w innych przypadkach, panie, które trenują sztuki walki, kick boxing, są świadomymi siebie kobietami, okazują tym swoją niezależność. Które cechy charakteru pomogły Pani w trenowaniu tego wymagającego sportu? 

Każdy sport i każda indywidualna droga kariery wymaga niezależności, odwagi i umiejętności podążania za głosem własnego serca, determinacji, pewnej zadziorności. Nie ważne czy kobiety uprawiają jakikolwiek sport, czy dążą do rozwoju w sferze biznesowej, naukowej – to wszystko wymaga dokładnie tych samych cech. 

Ja zawsze miałam w sobie bardzo silny pierwiastek wolności, niezależności, zawsze chodziłam jak kot własnymi drogami.  Miałam kilka momentów w życiu, kiedy się pogubiłam, kiedy w jakimś stopniu zrezygnowałam z bycia samą sobą. Sport to była miłość od pierwszego wejrzenia. Kiedy weszłam na arenę, poczułam tych ludzi i ich energię, każda komórka mojego ciała „skakała i krzyczała”: To jest to! Muszę to robić! Taki był początek mojej drogi. 

Co na początku było największym wyzwaniem w podporządkowaniu siebie sportowi? 

Największym wyzwaniem był dla mnie moment, kiedy zostałam młodą mamą. Miałam wtedy osiemnaście lat i do tego podążałam własną, niezależną drogą. 

Cały aspekt sportowy to było budowanie siebie krok po kroku, poznawanie nowych możliwości, samej siebie, niesamowitej potęgi woli walki, umysłu, fokusowania się na celu. To, co robię dzisiaj ze sportowcami prowadząc ich w karierach sportowych, to jest dokładnie taka sama droga – pokazywanie i odkrywanie, że Ty też masz mistrza w sobie. Obudź go, bo wszystkie rozwiązania masz już w sobie!

Jeśli są jakieś przeszkody, to obecnie są do tego odpowiednie narzędzia, aby się z nimi uporać. Mi nikt w tym nie pomagał. Sama musiałam odkrywać mechanizmy do których dzisiaj ludzie mają dostęp poprzez pracę z coachami, trenerami mentalnymi, poprzez książki, publikacje, filmy w internecie.  Dzisiaj można bardzo dużo tego znaleźć, a wtedy, tego nie było. 

To były przecież lata dziewięćdziesiąte …

To było strasznie dawno temu! I właśnie dzięki temu, dzisiaj spokojnie mogę wykonywać swoją pracę z pasją, bo jestem praktykiem. Teorii też mam w zanadrzu bardzo dużo, ale przede wszystkim, jestem praktykiem. Wszystko, czego uczę jest poparte moimi rozwiązaniami. 

Kiedy byłam młodą mamą, młodym człowiekiem, który oprócz siebie nie miał nic, bagaż bardzo trudnych doświadczeń nie był dla mnie „kulą u nogi”, a raczej elementem, który wystrzelił mnie „jak z procy” do góry. Wiedziałam, że chcę konkretnie takiego życia. Małam wszystko dokładnie przemyślane, zaplanowane, i po prostu tak się działo. Jak odkrywa się w sobie pasję, to żadne trudności nie są przeszkodą, aby dążyć do tego celu. 

Jednak samo osiąganie celu to nie wszystko. Droga do niego –  to jest „clue”. Budowanie siebie, upadki, powstawanie po tych upadkach, to jest proces, który z perspektywy czasu dużo bardziej sobie cenię niż zwycięstwa. Sukcesy dawały ogromną satysfakcję, radość i utwierdzały mnie w tym, że ma to sens. Ba! Że jestem najlepsza na świecie! W pewnym momencie jednak nie spodobał mi się obraz mnie samej jako „gwiazdy”, przekonanej, że jestem już pępkiem świata. Szybko zarzuciłam takie przekonanie o sobie. To są pułapki na młodych ludzi, a sport to właśnie domena młodości. Każdego z nas czasem to spotyka. 

Uważa Pani, że jest „dobry” i „zły” ból? Może nam on w czymś pomagać? 

Ból jest dobry. Jest częścią najsilniejszego instynktu – instynktu przetrwania. Gdyby nie ból, nie moglibyśmy żyć ostrożnie, mądrze, poprawiać swoich błędów. Wiecznie wchodzilibyśmy do ogniska, cięli się nożem albo spadali z wysokości. Natomiast ból psychiczny, duchowy jest dużo bardziej dotkliwy, niż ten fizyczny. Z bólem fizycznym jesteśmy sobie w stanie poradzić. Wielu ludzi, którzy doświadczają bólu psychicznego różnego pochodzenia: bólu istnienia, związanego z brakiem poczucia szczęścia, poczucia miłości, szacunku, akceptacji, mają ogromne trudności aby go pokonać. 

Dla mnie, sport był sposobem na to, aby spalić się na popiół, a potem, żeby odrodzić się niczym feniks. Poprzez stawanie na krawędzi wytrzymałości psychofizycznej, musiałam siebie, jako człowiek, obrócić w ten popiół. Ale dzięki temu zobaczyłam, że tam, w tej „czarnej dziurze” jest absolutnie wszystko, czego potrzebuję. Wchodząc w to, narodziła się lepsza wersja mnie samej. Ale ten ból jest jednak nieunikniony. 

Gdyby nie ból, nikt z nas by nie wzrastał, nie zmieniał się. Gdy siedzimy sobie w cieple, zapuszczamy korzenie, jest nam dobrze, „pleśniejemy”, i tak sobie siedzimy dopóki się coś nie wydarzy, coś przełomowego, coś wstrząsającego. I dopiero wtedy otrząsamy się i zastanawiamy, jak do tego doszło, dlaczego to moje dobre, bezpieczne życie runęło? 

Jaki priorytet ważności powinna mieć wśród kobiet umiejętność samoobrony? 

Dla nas wszystkich jako istot, bezpieczeństwo, nienaruszalność naszych granic, powinna być elementarna, my nie powinnyśmy w ogóle o tym teraz mówić. Ale to byłoby w idealnym świecie. W świecie, w jakim żyjemy, ale też z doświadczenia pracy z kobietami potwierdzam, że warto znać się na samoobronie. Nie dlatego, aby musieć kogoś unicestwić, ani nie dlatego, że spodziewam się ataku, ale po to, aby poczuć własną siłę, własną moc sprawczą. 

Jeśli jestem 50-cio kilogramową  kobietą, czy to znaczy, że jestem słaba? Nie. Życie nieraz pokazało, że w sytuacjach kryzysowych, kiedy trzeba uratować siebie albo dziecko, nawet drobna kobieta potrafi podnieść samochód. Skąd ma taką siłę? Przecież nie trenuje podnoszenia ciężarów? W sytuacji zagrożenia działa się z nadludzką mocą i poczucie tej siły sprawczej dodaje kobietom pewności siebie. Dodaje jej też kobietom, które doświadczyły w swoim życiu przemocy i niemocy.

Syndrom ofiary – to jest ważny aspekt. Kobiety, które najczęściej stają się ofiarą przemocy fizycznej, psychicznej, seksualnej, to są kobiety, które mają „wgrany” program ofiary, boją się, mają niską pewność siebie. A dla człowieka, który atakuje innego ważne jest, aby znalazł słabszego od siebie, fizycznie lub psychicznie. Pokazano to w amerykańskich badaniach przeprowadzonych na więźniach osadzonych za poważne przestępstwa. Więźniom pokazano film, na którym między innymi, badacze – statyści chodzili ulicą. Badani więźniowie mieli wybrać potencjalną ofiarę swojego ataku. Bezbłędnie można było przewidzieć wyniki tych badań. Każdy z groźnych przestępców wybierał postać, która swoją postawą najbardziej emanowała niepewnością, strachem, wycofaniem. 

Zajęcia z samoobrony to jest często pierwszy krok dla kobiet, które doświadczyły przemocy. Pomaga on im uwierzyć w siebie, poczuć swoją moc sprawczą. Kiedy zmienia nam się nasza postawa poprzez to, co myślimy, jak myślimy i poprzez dialog wewnętrzny, to nagle okazuje się, że potrafimy iść wyprostowane, dynamiczne i z taką energią, która odpycha potencjalnego agresora.

Tego właśnie uczy Pani na swoich warsztatach? 

Women Power Campy to są spotkania w różnych miejscach Polski. Pierwsza zasada jest taka: poznaj swoje wewnętrzne sterowniki, czego się boisz, dlaczego masz konkretną blokadę, z jakiego powodu ona istnieje, do czego ma ci służyć? Jest to praca na wszystkich poziomach: umysł, ciało i duch. Aby ten proces był kompletny, ważne jest zajęcie się tymi wszystkimi obszarami. Służą temu m.in. zajęcia z komandosami, czyli mądrymi, doświadczonymi i silnymi mężczyznami, którzy uczą, że możesz przeżyć noc w lesie z wilkami i niedźwiedziami, i będziesz się tam czuć bezpiecznie. Po tej nocy obudzisz się i powstaniesz jak feniks z popiołów, wtedy już nic Cię nie zatrzyma.

Następny etap to warsztaty ze mną. Jest to praca z nieświadomym umysłem. To ważne, bo właśnie tam mamy schowane różnego rodzaju sterowniki, które pchają nas do konkretnego działania albo blokują nas. Jest też trochę szamańskich, kobiecych ćwiczeń, które otwierają duszę. 

Współczesna kobieta woli być nieco męska, ma silny pierwiastek męski i denerwują ją bezradne kobiety. Mamy takiego mocnego animusa, że musimy działać, rozstawiać wszystkich po kątach, porządkować wszystko, jednocześnie dbając o sfery typowo kobiece. Zarzucamy się obowiązkami, a to jest perfekcjonizm, który nas męczy. Jesteśmy przemęczone i dziwimy się, że mężczyźni wokół nas widzą nas jako ultrasilne kobiety i np. nas nie przytulają. A to my same ich blokujemy. 

Kiedy kandydowała Pani do sejmu, towarzyszyło Pani hasło „siła wrażliwości”. To są raczej przeciwstawne faktory. 

Dzisiaj powiedziałabym „moc wrażliwości”. Nie użyłabym obecnie słowa „siła”, bo to „moc” jest taką energią, którą generujemy. Tworzymy ją poprzez inne emocje, niż te, które są nisko skalibrowane, jak np. złość, zazdrość, agresję, niepewność, brak akceptacji. „Moc wrażliwości” jest bardziej harmonijna. 

Kiedy jesteśmy skupione na tym, aby mieć otwarte umysły i uwagę na drugiego człowieka, wtedy nasza moc jest dużo większa. Jaką mamy moc sprawczą, kiedy pomagamy sobie, kiedy „zarażamy siebie” dobrą energią, radością, miłością do życia, akceptacją siebie i innych, szacunkiem? To ma tak ogromny ładunek!

Możemy zobaczyć na przestrzeni dziejów, że wielkie wojny ustały. Wygrywa dobro, chęć pokoju i pragnienie tego, żeby każdy z nas miał prawo wyboru życia zgodnie ze swoimi zasadami, podstawowymi archetypami jak miłość, pełnia, wrażliwość. Nie uważam więc, że „moc wrażliwości” to są zwalczające się wyrażenia. To jest raczej bardzo wąski promień, który pokazuje, że im bardziej wrażliwi jesteśmy, im więcej pokazujemy serca, tym większą mamy moc. 

Od osób znanych, cenionych, oczekuje się, aby po zakończeniu kariery „nie znikali”, aby mieli coś do powiedzenia. Jaką ma Pani obecnie misję? 

Dla mnie zawodowy sport był drogą do rozwoju duchowego. Ja nie mam wobec nikogo żadnych oczekiwań, dlatego też nie zwracam uwagi na to, czego oczekują ode mnie inni. Fakt, że w moim przypadku sport przełożył się na tą konkretną misję był możliwy dlatego, że zawsze miałam odwagę podążać za głosem własnego serca. I to zawsze było dla mnie najważniejsze. Działam zgodnie z tym, co mi „w duszy gra”, a nie z tym, jakie ktoś ma wobec mnie oczekiwania. 

Jaki jest zatem główny cel Pani szkoleń? 

Szkolenia dla biznesu, dla menedżerów, to przede wszystkim pomoc w odkryciu „dlaczego szanuję siebie, ale nie szanuję Ciebie?”. Zespół prowadzony przez takiego lidera będzie zawsze kulawy, niekompletny i ludzie z takiego zespołu bedą uciekać. Szacunek do innych powinien zawsze iść w parze z szacunkiem do siebie i do świata. 

Popularny niedawno skandynawski model „work and life balance”, jest nieco omylny. Bez względu na to, czy postrzegamy życie przez pryzmat biznesu czy sfery prywatnej, to ciągle jest to całe nasze życie. I żeby ono było kompletne, będzie zawierało wszystkie te elementy. Coraz więcej nowoczesnych przedsiębiorstw opartych o „turkusowe zarządzanie”, czyli egalitarność, określenie tych samych kierunków rozwoju, szacunku do siebie, realizacji zadań mając również na uwadze dobro globalne – to jest nasza szansa jako ludzkości, aby zmienić świat na lepszy. Jest to poziom „ja – my”, współpracy z innymi, ale według najpiękniejszych zasad.

Podczas mojej kariery, odwiedzałam często domy dziecka, bo taka też po części była moja historia prywatna. I kiedy je odwiedzałam, poczułam sens pracy z młodzieżą, żeby dać im żywy przykład, że to od nich zależy, co zrobią ze swoim życiem. Dopiero potem przyszedł czas na szkolenia biznesowe, warsztaty dla kobiet. Nie mniej jednak, wszystko czym zajmowałam się jako zawodowy sportowiec ma obecnie przełożenie na to, czym dzielę się z ludźmi. 

 

 

W imieniu naszych Czytelników i swoim, serdecznie dziękuję za rozmowę. 

 

IWONA GUZOWSKA – wielokrotna mistrzyni świata w kick boxingu i boksie, polska parlamentarzystka w sejmie VI i VII kadencji. Autorka autobiograficznej książki „Najważniejsza decyzja” w której dzieli się z czytelnikami opowieścią o swojej drodze do mistrzostwa. Po zakończeniu zawodowej kariery sportowej, koncentruje się na szkoleniach dla biznesu i kobiet chcących zbudować i rozwinąć swoją odwagę.

 

  • Facebook