Kategoria: wywiady fkn

  • Z czym mierzy się Twoje dziecko?

    Z czym mierzy się Twoje dziecko?

    Rozmowa z Michałem Maciejakiem, pedagogiem, terapeutą

     

    Joanna Pastuszak – Cybulska: Jest Pan autorem programów profilaktycznych dla młodzieży. Co jest obecnie największym wyzwaniem dla młodych ludzi?

    Michał Maciejak: Samotność, obniżone poczucie pewności siebie, obniżone poczucie wartości siebie, brak sensu w życiu, depresja, odczuwanie przeraźliwej pustki, problemy z dorosłymi, trudności z odżywianiem. Jest to obszerny katalog myśli, odczuć i emocji. 

     

    Czy widać tutaj różnicę, z czym większy problem mają dziewczynki, a z czym chłopcy? 

    Chciałbym budować narrację o doświadczenie, a nie porównywanie. Z mojego doświadczenia wynika, że dziewczynki z którymi pracuję mają większą łatwość w mówieniu o swoich problemach. Może to świadczyć o innym kontakcie ze swoimi emocjami, umiejętności ich odczytywania, o tym, że to jest ważna sprawa. Jest to rodzaj społecznie uwarunkowanej ekspresji emocjonalnej i jest to po prostu, społecznie akceptowalne. To w konsekwencji ułatwia im doświadczanie i pracę ze swoimi emocjami. 

    U chłopców z którymi pracuję zazwyczaj jest trochę inaczej. Prowadzę warsztaty zatytułowane „Fajny Chłopak”. Dążymy w nich do tego, aby nauczyć chłopców mówienia o rzeczach dla nich ważnych pod względem emocjonalnym. Pomagamy im nawiązać kontakt ze swoimi emocjami, myślami i ciałem. Staramy się pokazać im, że nazywanie tego, co się czuje, myśli i doświadcza jest ważne i normalne. 

     

    Jak można zareagować, gdy dziecko zgłasza, że ma trudny emocjonalnie czas, czuje się samotne? Czy jest to już przedproże stanów depresyjnych?

    Depresja jest chorobą śmiertelną. Warto spojrzeć na kontekst, który towarzyszy zmianom nastroju oraz, czy ten stan utrzymuje się dłużej niż dwa tygodnie. Jeśli są to epizody, stany krótkotrwałe, to być może przyczyną takiego samopoczucia jest po prostu dorastanie. Jeśli stan utrzymuje się dłużej niż dwa tygodnie, występuje  ciągłość osłabionego nastroju, to im prędzej zareagujemy, tym lepiej. Z resztą, cytując Hipokratesa: “Lepiej zapobiegać niż leczyć”.

    Zalecałbym na wstępie zrobić szybki “rachunek sumienia”, zadać sobie pytanie, czy znam własne dziecko, kiedy ostatni raz byliśmy na spacerze, jedliśmy niezdrowe czipsy? Z drugiej strony słyszę czasem pytanie – czy możemy grać z dziećmi na komputerze, czy to będzie OK? Jeśli podczas tej gry wykorzystasz czas na budowanie relacji, to jest to bezcenne doświadczenie. Ale jeśli dziecko gra samo, a Ty przyjdziesz na godzinę, od niechcenia i w milczeniu włączając się w tę grę, to raczej nie zbuduje to dobrej, wartościowej relacji między wami. Jest to prostu za krótki czas.

     

    Gdy dziecko nie ma zrozumienia w domu, to gdzie go szuka?

    Zazwyczaj szuka go w grupie rówieśniczej lub substancjach uzależniających. Średni wiek inicjacji alkoholowej to obecnie czternaście lat. W mniejszych miejscowościach, młodzież pyta: Co mamy robić, jeśli tutaj nie ma jak ciekawie spędzać wolnego czasu? Picie alkoholu pozostaje w ich odczuciu jedyną alternatywą. Nie ma innych atrakcji. Nie ma rekreacji. 

    Kiedy rodzice pytają mnie, co zrobić, gdy ich dziecko pije alkohol, to ja odwracam pytanie – A czy państwo również pijecie alkohol? Najczęściej słyszę, że oni również nie stronią od tego napoju.  Odpowiedź jest więc oczywista. Dzieci nas nie słuchają, tylko nas naśladują. Jeśli chcemy je uczyć niezależności, a sami jesteśmy uzależnieni, uwikłani, nieszczęśliwi, to bardzo trudne będzie, aby dziecko samo nauczyło się być niezależne.

     

    Kiedy rodzic już widzi, że dziecko ma problem z jakąś substancją uzależniającą, dokąd kieruje swoje pierwsze kroki – do nauczyciela, wychowawcy, czy zupełnie gdzieś indziej? 

    Z moich obserwacji wynika, że… bardzo często nie kieruje się nigdzie. Alkohol jest bardzo często z czymś sprzężony, dzieci dobrze się ukrywają. Wiedzą, kiedy rodzice idą spać, jak się ukryć z piciem, aby nie było śladów. Wydaje mi się, że rodzice też w wielu przypadkach wolą nie widzieć, nie wiedzieć, nie mierzyć się z tym problemem. Zauważam jednak, że zawsze wniosek jest jeden: alkohol nie stanowi tutaj największego problemu. Największym wyzwaniem jest tutaj brak czasu i relacji z ważnymi osobami, jakimi są rodzice. Jeśli jest puste miejsce, które powinno być wypełnione przez uwagę rodzica, to nie ważne czy będziemy próbować wypełniać tę pustkę grami, alkoholem, zakupami – żaden substytut tego nie wypełni. I płeć nie jest tutaj determinantem, każde dziecko będzie starało się rekompensować sobie jakoś ten brak. 

     

    Czym w tym kontekście jest „ciałopozytywne dojrzewanie”? 

    Ciałopozytywne dojrzewanie to połączenie akceptacji, troski i wiedzy o tym jak się obchodzić ze swoim ciałem. Coś na kształt mapy i drogowskazów w drodze do siebie. Ciałowpozytywne dojrzewanie to świadomość swojego ciała. Uwzględniamy tutaj pracę z dbaniem o ciało, profilaktykę dobrostanu psychicznego, jak budować świadomość tego, po co mamy nasze ciało, jaki jest jego zapach, etc.
    W naszej kulturze cały czas doświadczamy fragmentaryzacji ciała kobiet i mężczyzn. One są „pocięte” przez marketing. Idea prezentowana przez media nie ma wiele wspólnego z obrazem rzeczywistości. 

    Często jestem pytany, po co prowadzę takie warsztaty? Dlaczego to jest ważne? Pomyśl, spędzisz ze swoim ciałem całe swoje życie, dobrze jest je znać, wiedzieć do czego jest zdolne. W tym programie, budujemy przede wszystkim, akceptację siebie. Ważne jest też uświadomienie, że jako człowiek, nic nikomu nie jesteś winny / winna. To szokuje rodziców, ale tak właśnie jest – Twoje ciało należy wyłącznie do Ciebie. 

     

    Można więc uznać, że młody człowiek wreszcie „ma coś swojego”, swoje własne ciało. To pierwszy krok do poczucia uniezależnienia się od rodzica. A czy w polskich domach w ogóle jest przestrzeń na rozmowy o niezależności, samodzielności? 

    Odwrócę to pytanie o 180 stopni. Póki co, jest u nas obecne „socjalizowanie do uległości”. Mówimy o inteligencji finansowej, niezależności finansowej. Jednym z przykładów jest pytanie jakie zadaje rodzicom dziecko: A gdzie są moje pieniądze z Komunii? Kiedy pracuję z rodzicami dzieci z klas II i III, to rodzice odpowiadają: Nie dam mu tych pieniędzy, bo wyda na głupoty. Pytam ich wtedy – Kiedy ma wydać, jak nie teraz? Jeśli nie zrobi tego teraz, gdy jest dzieckiem, to pewnie jakoś to przeżyje. Ale kiedy za dwadzieścia lat będzie studentem, kupi telefon za sześć tysięcy złotych lub kołdrę z wełny za dziesięć tysięcy na raty, to może to okazać się niepokojące. Skąd ma wiedzieć jak zarządzać pieniędzmi, skoro nigdy nie dano mu takiej szansy? 

     

    Rodzice chyba nieczęsto uczą dzieci rozsądnego zarządzania finansami? 

    Dzieci nikt nie uczy jak mają zarządzać małymi kwotami, więc dużymi też nie będą umiały. Za tym idzie również umiejętność negocjacji, wyceniania, asertywnego reagowania, dysponowania zasobami swoimi i innych, jak i szacunek do powierzonych zasobów. 

    Przykład – szesnastoletnia osoba, która idzie do pierwszej pracy. Pracodawca przekracza jej wszystkie granice, a ona się na to godzi, bo nie wie co to jest zachowanie asertywne. Chce zbudować swoją niezależność, ale jest wykorzystywana. Jeśli dorastała w środowisku afirmującym ponad wszystko etos pracy, to przepełnia ją przekonanie, że skoro otrzymała tę pierwszą pracę, to musi w niej wytrwać za wszelką cenę.

     

    Czyli, jak zwykle, przyczyn trzeba szukać w wysokich wymaganiach i braku szczerych rozmów? Tym właśnie „pachną ściany polskich domów”? 

    W bardzo wielu przypadkach słyszę, że polskie ściany domów „pachną” samotnością i ciszą, oraz brakiem głębokich relacji. Często również przepracowaniem. Najczęściej jest słychać taki mini dialog – Co słychać? – Nic, wszystko dobrze. – Aha. To super. 

    Trochę za mało w tym treści, aby wychować, a za dużo, aby wyzwolić np. chęć uzależnienia.

     

    Serdecznie dziękuję za rozmowę! 

     

    Michał Maciejak – Jestem pedagogiem i terapeutą z wyboru i przekonania. Jeden z bardziej szanowanych przeze mnie wykładowców twierdził, że pedagogika nie jest nauką, tylko dyskursem. Bardzo w to wierzę, dlatego w swojej pracy często szukam, słucham i staram się patrzeć trochę szerzej.

    Ukończyłem studia licencjackie na Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej (kierunek: pedagogika w zakresie prewencji patologii i zagrożeń społecznych) i studia magisterskie na Uniwersytecie Łódzkim (kierunek: pedagogika w zakresie profilaktyki i animacji społeczno-kulturalnej). Później rozwijałem swoje kompetencje na szkoleniach i warsztatach z zakresu dramy i dramaterapii m.in. Teatru ze Społecznością, Rainbow of Desire, Bibliodramy, Storytellingu.

    Na moją zawodową drogę największy wpływ miało uczestnictwo w Szkole Trenerów Dramy. Jestem trenerem dramy oraz superwizorem tej metody (Centrum Szkoleń i Rozwoju Drama Way). Uzyskałem również certyfikat arteterapeuty w Stowarzyszeniu Arteterapeutów Polskich — Kajros.

    Równolegle do ścieżki trenersko-dramowej rozwijam także swoje kompetencje psychoterapeutyczne w Polskiej Szkole Dramaterapii oraz w Fundacji Psycho-Edukacja w zakresie kontekstualnych nauk o zachowaniu.

    Poza tym kocham góry, dramę, dobrą kawę, realizm magiczny w literaturze, długie spacery w deszczu i pracę z ludźmi – kolejność jest przypadkowa.

    https://michalmaciejak.com/

     

  • Kiedy praca jest połączona z misją, a jednocześnie spełnia nasze marzenia

    Kiedy praca jest połączona z misją, a jednocześnie spełnia nasze marzenia

    “Kiedy praca jest połączona z misją, a jednocześnie spełnia nasze marzenia, to mimo że wyczerpuje siły, w tym samym czasie ładuje baterie”.

    Gość: Ewelina Rasińska – kobieta NIEZALEŻNA, mama, żona, przedsiębiorczyni, twórca marki modowej Rasińska.pl, przyjaciółka FKN.

    Prowadząca: Anna Michałowska – wolontariuszka FKN.

     

    Ewelinę poznałam kilka miesięcy temu i od razu między nami zaiskrzyło. Mocno wierzę, że wszystko dzieje się po coś – a dzięki naszemu spotkaniu, rozmowom i, jak się okazało, zbliżonym wartościom, jakimi się kierujemy – nawiązałyśmy piękną relację zarówno prywatną, jak i zawodową, której efektem jest współpraca Fundacji Kobieta Niezależna z marką modową Rasinska.pl, którą z wielką pasją tworzy nasza bohaterka.

    Poprosiłam Ewelinę o podzielenie się kilkoma, niezwykłymi doświadczeniami ze swojego życia. Wierzę, że wiele z nich może i Was zainspirować w kreowaniu własnej drogi po NIEZALEŻNOŚĆ.

    AM: Wiem, że Twoja przygoda z szyciem zaczęła się bardzo wcześnie. Opowiedz proszę, czy wydarzyło się coś szczególnego, co skierowało Cię na tę ścieżkę zawodową?

    ER: Aniu, przede wszystkim bardzo dziękuję za możliwość podzielenia się moimi doświadczeniami ze społecznością Fundacji Kobieta Niezależna. 

    Moja przygoda z szyciem zaczęła się, gdy miałam 6 lat.

    Kiedy mama zapytała mnie kim chcę zostać – podobno bez zastanowienia – powiedziałam, że krawcową lub przedszkolanką. Gdy byłam nastolatką i z koleżankami rozmyślałyśmy do jakiej szkoły pójść, dla mnie naturalne było to, że chcę ukończyć Technikum Odzieżowe, przy ul. Kazimierzowskiej w Warszawie. Tą samą szkołę ukończył mój chrzestny, który był świetnym krawcem i pracował w Wiedniu, więc wszystko wskazuje na to, że zamiłowanie do szycia i projektowania otrzymałam w genach.

    Nagrodą za dostanie się do tej szkoły (co nie było takie łatwe, bo wiązało się z trudnymi egzaminami) była wymarzona maszyna do szycia i piękne metalowe czarne nożyce do krojenia, które mam do dziś! To było wiele lat temu, nie można było tak po prostu, jak dziś, kupić maszyny. Dla nastolatki z wielkimi marzeniami to było niczym święto!

    I tak się zaczęła moja przygoda z projektowaniem i szyciem. 

    Odkąd sięgam pamięcią, to zawsze widzę siebie przy maszynie do szycia. Już w czasach nauki w szkole kupowałam magazyny Burda i na proponowanych tam wykrojach nieustannie uczyłam się kroić i szyć. To były ważne i potrzebne lekcje dla mnie, choć wiele z tych projektów lądowało w poczekalni, z etykietką „kiedyś to skończę” i tam już pozostały na zawsze. 

    Niemniej doświadczeń z tą „nie dokończoną” pracą, nie traktuję jako zmarnowanych.

    To one mnie tak naprawdę ukształtowały.

     

    AM: Z Twojej wypowiedzi wynika, że Twoją wodą jest wszystko, co związane z szyciem. Jak godzisz swoją pracę z rolami mamy i żony?

    ER: Tak, obecnie zaangażowana jestem całą sobą w moją pasję, związaną z projektowaniem i szyciem. Płynę w tym i nieustannie działam, bo nie chcę żałować, że nie spełniłam swoich marzeń. 

    Praca ta daje mi siłę do działania i czasami sama siebie nie poznaję, ile potrafię zrobić. 

    Mam przekonanie, że jeśli praca połączona jest z misją i jednocześnie spełnia nasze marzenia, to mimo że wyczerpuje siły,  jednocześnie też ładuje baterie.

    Nie boję się ciężkiej pracy. Zawsze, gdy tylko mogłam, łączyłam pracę przy maszynie z obowiązkami rodzinnymi. Wychowałam trójkę fantastycznych dzieci, a obecnie dwoje z nich jest już „na swoim”. Od ponad roku pełnię także rolę teściowej.

    Z uśmiechem wspominam randki z moim przyszłym (obecnym) mężem – bardzo często miały one miejsce, gdy ja… szyłam na maszynie, a jednocześnie spędzaliśmy długie godziny na rozmowach. Śmieję się, że tym sposobem od początku wiedział jak bardzo jest mi to potrzebne w życiu.

    Moją najważniejszą wartością zawsze była i jest rodzina. Jestem bardzo dumna ze swoich dzieci i wiem, że wychowałam ich na wartościowych ludzi, są niezwykle pracowici, odpowiedzialni i samodzielni.

    Najtrudniejszy był dla mnie czas, kiedy dzieci były małe – zwłaszcza, że jeden poród był naprawde trudny. 

    Wtedy całkowicie zaangażowałam się w opiekę nad dziećmi i domem, a mąż dbał o pracę zawodową i potrzeby naszej całej rodziny. 

    Mimo tego nadal w każdej wolnej chwili szyłam, dla rodziny i przyjaciół – to było dla mnie naturalne, jak oddychanie. 

    Niczego nie żałuję, moja decyzja związana z takim podziałem naszych ról była podyktowana ówczesną sytuacją. Dziś wiem na pewno, że takie sprawy trzeba uzgadniać wraz z całą rodziną i zawsze pamiętać o tym, by pozostawić sobie przestrzeń na realizację swoich potrzeb.

    Bywało i nadal jest różnie z pogodzeniem wszystkich realizowanych przeze mnie ról. Staram się zachować równowagę w tym wszystkim i ogromnie doceniam, że wraz z mężem możemy na sobie polegać.

    AM: Doceniam Twoją autentyczność, ale wiem, że sporo osób ocenia książkę wyłącznie po okładce. Jak ty radzisz sobie z krytycznymi uwagami lub niechcianymi radami?

    ER: Nie chcę upiększać mojego życia, staram się być autentyczna i działać w zgodzie z tym, co dla mnie jest najważniejsze. Moje media społecznościowe pokazują te piękniejsze chwile i przede wszystkim to, co tworzę z myślą o dawaniu przyjemności innym kobietom. 

    Ten kto prowadzi swój profil, ten wie, że składa się na to bardzo duży wysiłek i odpowiedzialność. Dla mnie ważne jest to, że to ja decyduję o tym, czym chcę się dzielić ze swoim otoczeniem.

    Oczywiście docierają do mnie słowa krytyki, ale dzięki zadbaniu o swój rozwój – mocno uwierzyłam w siebie i przede wszystkim sama zaczęłam siebie doceniać – dzięki czemu nie dotyka mnie bezpodstawna ocena ze strony takich osób.

    Żyję w zgodzie ze swoimi wartościami i daję wartość innym, czerpię siłę pomagając innym. Unikam osób, które zabierają mi moją dobrą energię, inwestuję w tych, którzy są mentalnie podobni do mnie. A to, jak naprawdę wygląda moja praca i ile wysiłku w nią wkładam, wiedzą moi najbliżsi: rodzina i przyjaciele, i to z ich zdaniem liczę się najbardziej.

    AM: Z tego co mówisz, pracujesz naprawdę dużo. Opowiedz nam, jak regenerujesz siły? Co daje Ci siłę do działania?

    ER: Siły fizyczne regeneruję dbając o swoją aktywność. W ostatni weekend sierpnia przebiegłam 5 km w wirtualnym IV Biegu po Niezależność, organizowanym przez Fundację Kobieta Niezależna. I, mimo że uznaję się za osobę sprawną fizycznie, to jednak było to dla mnie sporym wysiłkiem i wyzwaniem, a duma z przebytych kilometrów zainspirowała mnie do kolejnych biegów (kilka dni po biegu przebiegłam kolejny raz podobny dystans, z nie mniejszą satysfakcją).

    Ogromną moc daje mi praktykowanie oddychania metodą Wima Hofa, a już od dwóch lat morsuję, korzystając z tego, że mieszkam nad wodą. 

    Raz w tygodniu ćwiczę taniec, w trakcie którego wyciszam myśli i uwalniam głowę od codziennych problemów.

    Doceniam rodzinne spacery nad pięknym Zalewem Zegrzyńskim, w pobliżu miejsca gdzie mieszkam. To wszystko sprawia że wzmacniam swoją wewnętrzną siłę, która nie pozwala mi poddać się w wielu wyzwaniach, z którymi się zmagam, zarówno prywatnie, jak i zawodowo.

    AM: Powiedz proszę, jaka jest Twoja definicja niezależności, do której nieustannie namawiamy kobiety, które do nas przychodzą.

    ER: Dla mnie najważniejsze jest być sobą i nie porównywać się z nikim. Każda z nas ma inny poziom wymagań wobec siebie.

    Przepis na moją NIEZALEŻNOŚĆ to: szczęśliwa rodzina, spełnienie zawodowe i wolność finansowa.

    Jestem zwyczajną – niezwyczajną kobietą taką, jaką jest każda z nas. Gotuję, piekę, piorę, sprzątam i pracuję zawodowo. To wszystko robię z chęci, a nie z przymusu i mam z tego ogromną satysfakcję.

    Ważne jest też spełnianie marzeń. Moje obecne, to otwarcie butiku w Warszawie – przestrzeni, w której kobiety będą mogły poczuć się piękne i zaopiekowane tak, jak na to zasługują. 

    Moje marzenie spełni się już w połowie października!

    Boję się ogromnie, ale z drugiej strony jestem ogromnie podekscytowana. To tak, jak z każdą ważną decyzją w życiu – mam poczucie, że jeśli tego nie zrobię, to będę tego żałowała.

    AM: Dziękuję za rozmowę, podzielenie się swoimi doświadczeniami i wsparcie naszych działań, poprzez przekazanie 10% ze sprzedaży sukienek na cele statutowe Fundacji Kobieta Niezależna. 

    Życzę Ci, aby Twoje projekty zawodowe sprawiły radość wielu kobietom!

    Do szczegółów naszej współpracy odsyłam tutaj👇

    Link

    Zapraszam Was również do wypisania własnych lekcji z wywiadu w komentarzu.

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

  • Obietnica musi nieść spełnienie

    Obietnica musi nieść spełnienie

    W roku 2021 zaprosiliśmy Was na siedem spotkań live z bohaterkami książki „7 Dróg. W poszukiwaniu życiowej misji”, autorstwa Anny Maruszeczko. Przypominamy Wam teraz te spotkania i zachęcamy do odświeżenia tego, o czym mówiły nasze książkowe bohaterki.

    Przypominamy Wam ostatnią bohaterkę książki, Wiolettę Czuryńską, byłą wolontariuszkę FKN, biegaczkę, ultramaratonkę, kobietą która ma ogień w nogach. Rozmowę live prowadziła Magdalena Ruszaj.

     


     

    Są ludzie, którzy mówią „niemożliwe nie istnieje”. Są tacy, którzy mają stalową wolę – obiecali, to zrobią. Właśnie taką kobietą jest Wiola.

    W swojej historii opowiedzianej Ani Maruszeczko, a później Magdzie Ruszaj, biegaczka dzieli się z czytelnikami przemianą, jaką przeszła. Czym była ona spowodowana? Prostą obietnicą daną swojemu synkowi.

    Aby być bohaterem dla swojego dziecka, trzeba dotrzymywać danego słowa. Wiola obiecała coś swojemu dziecku. To miłość i mentalność zwycięzcy spowodowały, że w ciągu jednego dnia weszła na biegową ścieżkę, która obecnie, jest dla niej największą pasją i stylem życia.

    Życie Wioli, jak u większości z nas, nie było od początku różowe. Wysokie wymagania, brak transparentnej wizji życia, codzienność oddalały ją od obrazu siebie, jaki pragnęła mieć. Z tej dziwnej rzeczywistości wyrwało ją poczucie odpowiedzialności za złożone obietnice.

    Interesuje Cię, co było wyzwalaczem przemiany dla Wioli Czuryńskiej? Zainspiruj się jej opowieścią.

    Książkę „7 Dróg. W poszukiwaniu życiowej misji”, w której Wioletta dzieli się swoją historią znajdziecie w sklepie.

     

  • Fair travel. Podróżuj z sensem

    Fair travel. Podróżuj z sensem

    W roku 2021 zaprosiliśmy Was na siedem spotkań live z bohaterkami książki „7 Dróg. W poszukiwaniu życiowej misji”, autorstwa Anny Maruszeczko. Przypominamy Wam teraz te spotkania i zachęcamy do odświeżenia tego, o czym mówiły nasze książkowe bohaterki.

    Przypominamy Wam live z Renatą Sabelą, podróżniczką, właścicielką butikowego biura podróży alternatywnych „Soul Travel”. Rozmowę prowadziła Joanna P. Cybulska.

     


     

    W dobie, gdy niemal każdy zakątek świata jest na wyciągniecie ręki, istnieją jeszcze regiony, które bronią się przed masowymi odwiedzinami. Tam, gdzie zblazowani poszukiwacze sensacji „używają” natury, wkracza właśnie Ona, Renata Sabela. Mówi zdecydowane „Stop!” korporacyjnym wyjazdom podczas których niszczy się to, co natywnie piękne, czyste, prawdziwe.

     

    Opowiada nam drogę jaka przeszła, począwszy od szkolnych wycieczek, poprzez studenckie wyjazdy, aż po profesjonalną karierę przewodniczki turystycznej.

     

    Podczas tej osobistej transformacji, towarzyszyły jej łzy, silne emocje i nieustanne zadawanie pytań o sens. Sens czego? Życia, celu, wędrowania, poznawania innych kultur, poszanowania przyrody, obserwowania zwierząt, doświadczania uniwersalnych prawd o świecie i życiu.

     

    Tym chciała zainteresować innych, przerwać bezmyślne „oglądanie” świata, na rzecz doświadczania go w pełnym wymiarze. Dlatego właśnie założyła unikatowe biuro podróży, gdzie wraz z wędrówką przez świat, rozwijasz też swoją duszę. Po prostu „Soul Travel”.

     

    Posłuchajcie tej kojącej rozmowy, doświadczcie uspokojenia. Link do spotkania live dostępny jest tutaj: Live z Renatą Sabelą.

    Książkę „7 Dróg. W poszukiwaniu życiowej misji”, w której Renata dzieli się swoją historią znajdziecie klikając w tytuł książki.

  • Piękno jest w nas

    Piękno jest w nas

    Rozmowa z dr n.med. Markiem Łuciukiem, specjalistą chirurgii szczękowo-twarzowej, lekarzem, lekarzem dentystą, lekarzem medycyny estetycznej

     

    Joanna Pastuszak – Cybulska: Specjalizuje się Pan m.in. w medycynie estetycznej. Proszę wyjaśnić, co to dosadnie oznacza, czym jest ta dziedzina medycyny?

    dr n.med. Marek Łuciuk: Na początku wyjaśnię pewną różnicę, ponieważ nie zawsze jest to oczywiste. Chirurgia plastyczna twarzy to całokształt różnych zabiegów operacyjnych wykonywanych zarówno w znieczuleniu ogólnym, jak i miejscowym. Natomiast w zakres medycyny estetycznej wchodzą mniejsze zabiegi związane najczęściej z nakłuwaniem skóry, podawaniem różnych preparatów. Wszystkie te zabiegi mają na celu profilaktykę, zapobieganie lub odwracanie efektów starzenia się, korektę asymetrii wrodzonych, jak i nabytych.

    Dlaczego kobiety decydują się na operacje plastyczne? Czy powodują nimi względy estetyczne, czy raczej dążenie do jakiegoś wymyślonego ideału?

    Powody, które stoją za tymi decyzjami są bardzo różne i złożone. Często są to względy funkcjonalne, np. korekty nosa czy przegrody nosowej utrudniającej oddychanie lub plastyka powiek górnych ograniczających pole widzenia.

    Z psychologicznego punktu widzenia, za większością decyzji stoi jakieś wyzwanie utrudniające życie. Poczucie dyskomfortu z powodu jakiejś dysproporcji powoduje wycofanie z życia społecznego, brak akceptacji w społeczeństwie, w najbliższym środowisku, a nawet pewien rodzaj ostracyzmu wynikający z powodu konkretnej deformacji nieakceptowanej przez daną grupę społeczną.

    Zabrzmi to nieco niepopularnie, ale zdarza się, że decyzje co do wykonania zabiegów czasami podejmowane mogą być też na podstawie obecnych u pacjentów problemów natury psychicznej. Dlatego też, zanim dojdzie do umówienia się na operację i zaplanowania jej zakresu, spotykamy się z pacjentami i rozmawiamy o ich oczekiwaniach i realnych możliwościach wykonania zabiegu. Zdarza się, że anatomiczne uwarunkowania nie pozwalają na wykonanie operacji zgodnie z wizją pacjenta. Zawsze należy brać pod uwagę ryzyko wystąpienia różnych powikłań. Czasami również podejmowane są decyzje o dyskwalifikacji czasowej lub stałej od zabiegu konkretnej osoby.

    Jaka jest Pana opinia o operacjach, w których kobiety dążą do upodobnienia się do innej znanej osoby?

    Uważam, że każdy jest inny, ma inny „stan wyjściowy” i jest „asymetryczny inaczej”, i to właśnie jest w naturze najpiękniejsze. Możemy określić kierunek i wzorować się na jakichś przykładach, ale efekty nigdy nie będą identyczne do oryginału. Każda osoba ma inny sposób reagowania na operację, inaczej goją się rany, czasem nawet trzeba wykonywać korekty operacji, co również utrudnia uzyskanie efektu identycznego z pożądanym.

    Jak często chirurgiczne poprawienie urody wynika z trudności w zaakceptowaniu siebie?

    Trudno mi określić procentowo, jak przedstawiają się takie motywacje. Myślę jednak, że jest to duży odsetek, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy bardzo dużo uwagi poświęca się na to, jak wyglądamy, jak się prezentujemy w mediach społecznościowych, w pracy. Wygląd poprawia akceptację siebie, poprawia samopoczucie, ułatwia nawet osiąganie celów.

    Czy decyzje o ingerencji w urodę są samodzielne, czy kobiety raczej uleją wpływom jakichś standardów?

    Obydwie sytuacje są częste i możliwe. Znaczna większość kobiet (ale i mężczyzn w ostatnich czasach) decyduje się na takie zabiegi dla samego siebie, aby czuć się lepiej, zdrowiej, by po prostu lubić i akceptować samego siebie. Nie można jednak zaprzeczyć, że czasami takie decyzje są podejmowane pod wpływem otoczenia, trendów, wymogów niezbędnych do spełnienia np. obejmując pracę na jakimś eksponowanym stanowisku.

    Czy przed zabiegiem poprawy urody, pacjentki są konsultowane z psychologiem? Jak przebiega taka rozmowa?

    Zajmując się przede wszystkim twarzą, wiem jak bardzo każda ingerencja wpływa na zmianę wizerunku. Nawet najmniejsza zmiana może być trudna do zaakceptowania. Proces rekonwalescencji, czyli czas który jest niezbędny do osiągnięcia ostatecznych rezultatów, lub niekiedy nawet powikłania po operacji, to trudny moment przez jaki przechodzi pacjent. Dlatego bardzo często zalecam takie konsultacje przed zabiegiem.

    Psycholog bardzo pomaga zarówno pacjentowi, jak i lekarzowi. Każdy pacjent jest inny, do każdego trzeba podchodzić indywidualnie.

    Wykonując standardowe testy, zadając pytania, psycholog indywidualnie ocenia badanego pacjenta. W zależności od odpowiedzi na dane pytanie formułuje się odpowiedni kierunek i dalsze postępowania.

    Psycholog zadaje pytania, które mają na celu zbadanie motywacji pacjenta do operacji – to, czy ta motywacja jest patologiczna czy wynika z dojrzałej decyzji samego pacjenta, bez nacisku i wpływu osób trzecich. Oceniane jest, dlaczego ktoś decyduje się na operację.

    Pytania sięgają również historii życia, która wiele może mówić o decyzji poddania się operacji. Operacja może zmienić dużo, albo może niczego nie zmienić. Wszystko zależy od motywacji.

    Rozmawiamy o niezależności, dlatego muszę zapytać, czy życie Pana pacjentek zmienia się po operacjach? Czy podejmują jakieś przełomowe dla siebie decyzje, ponieważ czują się bardziej pewne siebie?

    Oczywiście, że tak! Wzrasta im pewność siebie, samoakceptacja, chcą zdobywać i osiągać nowe wyzwania. Poprawiają relacje z partnerami lub kończą te, które ich nie satysfakcjonują, nawiązują nowe znajomości, zdobywają nowe stanowiska. Bardzo często obserwuję, jak dzięki korekcie wychodzą ze swoich starych nawyków i rozpoczynają nowe życie. Uczą się nowych rzeczy, wychodzą ze strefy komfortu, są bardziej widoczne, zauważalne, po prostu, częściej doceniają możliwości, jakie daje im życie.

     

    Serdecznie dziękuję za rozmowę.

     

     

    dr n. med. Marek Łuciuk  lekarz i lekarz dentysta, specjalista chirurgii szczękowo-twarzowej, lekarz medycyny estetycznej; uczestniczy w międzynarodowych sympozjach i należy do organizacji naukowych zgłębiających zagadnienia związane z w/w specjalizacjami. Prowadzi autorskie szkolenia i kursy dla lekarzy specjalizujących się w dermatochirurgii, chirurgii plastycznej twarzy i medycynie estetycznej, aktywny członek Europejskiego Towarzystwa Chirurgii Plastycznej Twarzy (EAFPS)

    kontakt:
    IG: drmarekluciuk
    email: drmarekluciuk@gmail.com
    www: drmarekluciuk.com
    tel. 504207327

     

  • Moja droga

    Moja droga

    W roku 2021 zaprosiliśmy Was na siedem spotkań live z bohaterkami książki „7 Dróg. W poszukiwaniu życiowej misji”, autorstwa Anny Maruszeczko. Przypominamy Wam teraz te spotkania i zachęcamy do odświeżenia tego, o czym mówiły nasze książkowe bohaterki.

    Przypominamy Wam live z Anną Cieślą, wiceprezeską Fundacji Kobieta Niezależna, która w poruszającej rozmowie dzieli się z czytelnikami swoim doświadczeniem „wychodzenia do życia”. Rozmowę prowadziła Joanna P. Cybulska.


     

    Piękne życie przepełnione serdecznością, uznaniem innych i bycie docenianą za swoje społeczne aktywności. Wyprzedzające działanie, aby uchylić komuś nieba, zanim o nie poprosi. Uciekanie w marzenia, w rzeczywistość która mniej boli, aby nie musieć mierzyć się z życiowymi wyzwaniami. Znamy to?

     

    Tak samo zaczyna się opowieść Anny.

     

    Wychodzenie naprzeciw problemom innych ludzi i rozwiązywanie ich niczym dobra wróżka, to jej specjalność. Poprzez swoje społeczne zaangażowanie, zapracowała na wypalenie. Oddawała innym część siebie, zapominając o swoich potrzebach. Dzisiaj, jest już inaczej. Wie, że aby dobrze pomagać, trzeba dbać o swój dobrostan.

     

    Być może zastanawiacie się nieraz, kim jest ta energiczna, drobna blondynka, która prowadzi FKN? Jak to się stało, że zdobyła zaufanie samej Kamili Rowińskiej i została wybrana wiceprezeską tej organizacji? Odpowiedź jest zaskakująco prosta. Wszystko, o czym obecnie Anna mówi i wspiera Was w drodze po samodzielność, najpierw przeżyła sama. Przeszła drogę od nieśmiałej, choć rezolutnej samodzielnej dziewczynki opiekującej się chorym bratem, przez decyzję o adopcji i wewnętrznej transformacji, która zbudowała w niej świadomą swojego życia kobietę. Dzięki takiej wiedzy, może teraz wspierać inne kobiety, które najważniejsze życiowe decyzja mają jeszcze przed sobą.

     

    Zawsze, kiedy będziecie słuchać Anny, pamiętajcie, że wiele spostrzeżeń wynika z jej osobistego doświadczenia. Czerpcie z niego. Najlepiej, zacznijcie od przeczytania wywiadu z nią we wspominanej książce, oraz powtórzcie live w których wystąpiła Anna Cieśla. Link do spotkania live jest tutaj: https://bit.ly/3mOpeSF

    Książkę zaś znajdziecie pod tym adresem: „7 Dróg. W poszukiwaniu życiowej misji”.

     

     

  • Praca nad samoświadomością jest dla mnie kluczem do sukcesu.

    Praca nad samoświadomością jest dla mnie kluczem do sukcesu.

     

    W roku 2021 zaprosiliśmy Was na siedem spotkań live z bohaterkami książki „7 Dróg. W poszukiwaniu życiowej misji”, autorstwa Anny Maruszeczko. Przypominamy Wam teraz te spotkania i zachęcamy do odświeżenia tego, o czym mówiły nasze książkowe bohaterki.

     

    Przypominamy Wam live z Dunią Pacheco, instruktorką tańców afrykańskich, która poruszając biodrami kobiet wzmacnia ich pewność siebie. Rozmowę prowadziła Marta Nawrocka.


    Gdy byłam nastolatką ja i moi bracia doświadczaliśmy dyskryminacji i odrzucenia ze względu na kolor skóry, ze względu na to, że nie wyglądamy jak przeciętny Nowak. Trudno mi było zrozumieć, dlaczego ludzie to robią.

     

    Teraz już tego tak mocno Dunia nie odczuwa. Mieszkając w Warszawie, mieście, gdzie jest bardzo dużo ludzi różnych narodowości łatwiej niż kiedyś być jedną z wielu “innych”. Jednak nie tylko zmiana w zachowaniu ludzi, których spotyka na swojej drodze sprawiła, że przestała dostrzegać przejawy dyskryminacji. Jak sama mówi, zmieniła się również jej samoświadomość:

     

    Pracowałam nad swoimi przekonaniami. Tymi dotyczącymi tolerancji i nietolerancji, problemów rasowych, poczuciem własnej tożsamości. I myślę, że to również miało duży wpływ na to, jak teraz jestem odbierana przez innych ludzi.

     

    Wymagało to jednak od Duni bardzo dużo pracy, również przy pomocy psychoterapeutów. Mierzyła się z poczuciem niższości, radzeniem sobie z przejawami dyskryminacji, wychowaniem w innej kulturze. Ważna była dla niej również praca nad pewnością siebie, zrozumienie, że ma prawo być tym kim jest i nikomu nie powinno to przeszkadzać. 

     

    Jako instruktorka tańca dostrzega też, że właśnie pewność siebie ma wpływ na to, jak kobiety się poruszają. Mówi, że czasami czuje się jak terapeutka, która pomaga im poprzez taniec otworzyć się i zmieniać ich przekonania o sobie samych. Ma poczucie, że to może być dla nich pierwszy krok w budowaniu pewności siebie i wzbudzenia w nich chęci do tego, aby zmieniały siebie już np. przy pomocy specjalistów.

     

    Więcej możesz wysłuchać w wywiadzie, który poprowadziła Marta Nawrocka. Link do wywiadu tutaj

     

    Możesz też przeczytać historię Duni w książce pt. „7 dróg. W poszukiwaniu życiowej misji

     

    Zapraszamy!

  • Życie (nie)zależne od bólu

    Życie (nie)zależne od bólu

    Rozmowa z lek. med. Łukaszem Kotarskim, specjalistą ginekologii i położnictwa wrocławskiego Centrum Leczenia Endometriozy w  Medicus Clinic

     

    Joanna Pastuszak – Cybulska: Jest Pan specjalistą ginekologii i położnictwa. Klinika w której Pan pracuje ma szeroką ofertę diagnostyczno – leczniczą, jednak chyba najbardziej znana jest jako klinika leczenia endometriozy. Proszę wyjaśnić czym jest ta choroba?

    lek. med. Łukasz Kotarski – Endometrioza jest chorobą dotykającą niemal co dziesiątą kobietę w wieku rozrodczym. Związana jest z pojawianiem się wszczepów komórek endometrium (czyli komórek błony śluzowej, która fizjologicznie pokrywa wnętrze jamy macicy) w obrębie innych narządów, np. jajników, jajowodów, otrzewnej miednicy, końcowym odcinku jelita grubego, pęcherzu moczowym, moczowodach, a nawet w odległych lokalizacjach, jak płuca. Ogniska te powodują powstawanie stanu zapalnego, prowadząc do upośledzenia funkcji narządów.

    Głównym objawem endometriozy jest ból. Początkowo są to bolesne miesiączki, bóle pojawiające się przy współżyciu. Wraz z rozwojem choroby ból przyjmuje charakter przewlekły, staje się niezależny od fazy cyklu miesiączkowego, często promieniujący do okolicy lędźwiowo – krzyżowej, lub kończyn dolnych. Z czasem, pojawiają się dolegliwości ze strony zajętych narządów, np. bóle przy oddawaniu moczu, zaparcia, biegunki.

     

    Jakie są zagrożenia dla zdrowia kobiety w związku z tą chorobą?

    Endometrioza powoduje stopniową destrukcję zajętych narządów, powstają masywne zrosty, dolegliwości bólowe upośledzają normalne funkcjonowanie, następuje upośledzenie drożności jajowodów – co prowadzi  do problemów z zajściem w ciążę. Około połowa kobiet zmagających się z niepłodnością choruje na endometriozę.

    Inne zagrożenia dla zdrowia, związane są z lokalizacją nacieków, np. w przypadku guzów endometrialnych w obrębie jelita może dojść do niedrożności przewodu pokarmowego, z kolei zajęcie moczowodu, z jego znacznym zwężeniem, prowadzi do niewydolności nerki, a w efekcie jej utraty.

     

    Jak wygląda przebieg endometriozy? Ból jest narastający, czy są to raczej epizody bólowe?

    Progresja choroby jest stała. Ogniska tej choroby mogą rozwijać się tuż po pierwszej miesiączce. Sam ból i jego nasilenie nie zawsze koreluje z zaawansowaniem choroby. Czasem endometrioza o niewielkim stopniu zaawansowania wywołuje silne dolegliwości bólowe, a czasami ból może być słabszy, mimo znacznego  zaawansowania choroby, ponieważ dochodzi do częściowej destrukcji zakończeń nerwowych.

     

    Czy jest możliwa profilaktyka tej choroby?

    Profilaktyka nie jest niestety możliwa. Najważniejsza w tym przypadku jest wczesna diagnostyka, ewentualnie włączenie farmakoterapii, aby zapobiegać jej szybkiej progresji.

    Predyspozycje do tej choroby często miewają podłoże genetyczne. Kobiety u których wśród krewnych występuje endometrioza, mają od 8 do 10 razy większe ryzyko jej wystąpienia. Dlatego ważne jest, aby córki matek chorych na endometriozę zgłaszały się jak najszybciej do specjalistów w tej dziedzinie.

     

    Dlaczego tak trudno jest zdiagnozować endometriozę?

    Objawy wywołane przez endometriozę często naśladują inne schorzenia – pacjentki niejednokrotnie zanim trafią do ginekologa, diagnozowane są i leczone przez lekarzy innych specjalności – chirurgów, urologów, gastroenterologów. Bardzo często pacjentki mają stawiane np. rozpoznanie zespołu jelita drażliwego, nawracających infekcji układu moczowego. Z kolei gdy pacjentka trafia już do ginekologa, podstawowe znaczenie ma doświadczenie lekarza w zakresie diagnostyki endometriozy.

    Rozpoznanie tego schorzenia dla osoby specjalizującej się w diagnostyce i leczeniu endometriozy jest stosunkowo proste, ale dla osoby nie zajmującej się tym na co dzień, stanowi wyzwanie i bywa nawet niemożliwe. Diagnostyka ultrasonograficzna wymaga odpowiednich umiejętności w tym zakresie, jak również odpowiedniej klasy urządzeń. Dlatego ważne jest aby pacjentki z objawami sugerującymi endometriozę były kierowane co centrów leczenia endometriozy i tam w pełni diagnozowane oraz leczone.

     

    Jak duży jest procent pacjentek, które same się diagnozują?

    Około 60% pacjentek zgłaszających się do nas, to kobiety które przez internetowe fora, grupy wsparcia szukają przyczyn swoich dolegliwości i często trafnie same podejrzewają u siebie endometriozę.

     

    Wiele kobiet cierpi z powodu comiesięcznych bóli, jednak w gabinetach swoich lekarzy słyszą zazwyczaj, że tak musi być. Mamy XXI wiek – czy naprawdę menstruacja musi boleć?

    Problem jest zdecydowanie bardziej złożony i wynika z powszechnego braku znajomości objawów tej choroby. Kobiety od pierwszej miesiączki często słyszą od matek, ciotek, babć, że miesiączka musi boleć i traktują to jako coś zupełnie normalnego, przez co nie zgłaszają się z tym problemem do ginekologów, lub w trakcie wizyt o tym nie wspominają, mimo cyklicznego cierpienia. Z kolei lekarze często bagatelizują problem bolesnych miesiączek, polecając pacjentkom aby zaszły w ciążę – zapewniając, że po ciąży bóle ustąpią. Niestety, zwykle nie ustępują, a i samo zajście w ciążę często okazuje się być niemożliwe w przypadku tej choroby.

     

    Czy to dobry wybór, aby kobiety same radziły sobie z bólem wybierając ogólnodostępne środki przeciwbólowe?

    Nie, najważniejsza jest prawidłowa diagnoza i leczenie dobrane do konkretnego przypadku. Leczenie odbywa się dwoma drogami. Może to być leczenie farmakologiczne – w przypadku wczesnej choroby, które nie powoduje ustąpienia ognisk endometriozy, ale daje szansę aby kontrolować chorobę, tak aby nie rozwijała nie dalej. Lub leczenie operacyjne, gdzie standardem jest laparoskopia, polegająca na usunięciu wszystkich nacieków w obrębie jamy brzusznej co daje nadzieję na uwolnienie pacjentki od niszczącego jej życie bólu. Tutaj decyzję podejmuje ginekolog, wraz z pacjentką.

    Endometrioza zwykle występuje u kobiet w wieku rozrodczym, więc niejednokrotnie trzeba podjąć trudną decyzję, czy w pierwszej kolejności pacjentka powinna starać się o ciążę i poddać się bardziej radykalnej operacji po zakończeniu prokreacji, czy też w pierwszej kolejności wymaga leczenia operacyjnego, które może dać jej szansę bycia biologiczną mamą.

    Należy podkreślić, że obecnie w celu zdiagnozowania endometriozy nie powinno się już wykonywać laparoskopii zwiadowczych, zajmujący się tym schorzeniem ginekolog jest w stanie postawić trafną diagnozę na podstawie badania wewnętrznego, uzupełnionego o eksperckie badanie ultrasonograficzne, a czasem dodatkowo rezonans miednicy.

     

    Pana specjalizacja lekarska koncentruje się na zdrowiu kobiet, a skuteczność leczenia ma też przełożenie na całe rodziny, związki w jakich są pacjentki. Jaką rolę w dbaniu o zdrowie kobiet odgrywają ich partnerzy?

    Endometrioza jest chorobą upośledzającą funkcjonowanie całego otoczenia chorej. Ona sama żyje ze świadomością nieuchronności pojawienia się silnego bólu związanego z najbliższą miesiączką, co wywołuje stany lękowe. Z kolei gdy ból już wystąpi, okresowo wyłącza ją z funkcjonowania w życiu rodzinnym, zawodowym. Pacjentka regularnie zmuszona jest opuszczać pracę, czego skutkiem niejednokrotnie jest jej utrata.

    Z czasem, ból zaczyna być odczuwany również w okresie pozamiesiączkowym, niejednokrotnie choroba uniemożliwia posiadanie potomstwa. Partner chorej dowiadując się od kolejnych lekarzy, że w badaniu nie stwierdzają nieprawidłowości, stopniowo się odsuwa, często kobieta pozostaje z tym problemem sama – bez partnera, pracy, potomstwa. W ostateczności trafia do psychiatry, który włącza leczenie, które również okazuje się nieskuteczne… Dlatego tak ważne jest wczesne postawienie właściwej diagnozy co pomaga najbliższym zrozumieć przyczynę i otoczyć pomocą w walce z przeciwnikiem, który zostaje nazwany i może być leczony.

     

    Co jest największym zaniedbaniem kobiet pod względem zdrowia?

    Kobiety nadal niechętnie rozmawiają na temat chorób narządu rodnego czy trudności ze współżyciem. W trakcie wizyt u lekarzy często nie wspominają o problemach, które im towarzyszą, bo uważają je za wstydliwe. Zamiast zwrócić się o pomoc do ośrodka zajmującego się odpowiednią diagnostyką, wolą czerpać wiedzę z innych źródeł jak np. internet – i próbować postawić sobie rozpoznanie, często błędne i leczyć się  według wskazówek tam znalezionych.

     

    Nasza Fundacja wpiera w budowaniu niezależności. Jak ta konkretna choroba ogranicza niezależność kobiety?

    Przede wszystkim, utrudnia codzienność i samodzielność. Gdy nieskuteczne jest znalezienie medycznej pomocy, często godzą się na ból. Nieraz od samych lekarzy słyszą, że „musi boleć”. Kobiety w tym zakresie mają świadomość ograniczonego życia, czują wewnętrzną porażkę, swoją „wadliwość”. W naszej klinice w ramach holistycznego wparcia kobiet, prócz leczenia ginekologicznego, wdrażamy też konsultacje z psychologiem, aby pomógł zrozumieć kobietom, że ta choroba ich nie definiuje i nie odbiera wartości ich życiu. A zanim pacjentki trafią do nas, to niestety, mają poczucie przegranego, uzależnionego od bólu, życia.

     

     

     

    Bardzo dziękuję za rozmowę!

    lek. med. Łukasz Kotarski – specjalista ginekologii i położnictwa. Stale pogłębia swoją wiedzę i umiejętności, uczestnicząc w licznych kursach i konferencjach w zagranicznych ośrodkach leczenia endometriozy. Posiada certyfikat Masterclass wydany przez European Endometriosis League.

     

     

  • Zawsze wiedziałam, że będzie dobrze!

    Zawsze wiedziałam, że będzie dobrze!

    W roku 2021 zaprosiliśmy Was na siedem spotkań live z bohaterkami książki „7 Dróg. W poszukiwaniu życiowej misji”, autorstwa Anny Maruszeczko. Przypominamy Wam teraz te spotkania i zachęcamy do odświeżenia tego, o czym mówiły nasze książkowe bohaterki.

    Przypominamy Wam live z Ewą Sidor. Rozmowę prowadziła Marta Nawrocka.


    Zawsze wiedziałam, że będzie dobrze, nie wiedziałam tylko jak się to uda zrobić. Miałam jednak w sobie gotowość  i otwartość na to, co pojawia się w moim życiu, ponieważ wierzyłam, że przyjdzie do mnie to, na co czekam w odpowiednim dla mnie momencie. 

     

    Gdy zaczynała budowanie swojej marki wiedziała, w jakim kierunku chce podążać i w jakiej skali w przyszłości będzie działała. Czy, gdy dzisiaj patrzy wstecz widzi, że to właśnie tą drogą zamierzała dojść do celu?

     

    Pewnie, że nie.

     

    Nie mogła przewidzieć choćby pandemii, w której zabroniono jej pracować.

    I która mogła ją przecież pozbawić poczucia bezpieczeństwa, związanego z finansami i ludźmi, którzy dotychczas korzystali z jej usług. 

     

    Ale, jak sama mówi “wzięłam do ręki telefon i zadzwoniłam do wszystkich moich 900 klientek – dlatego miałam później do czego wrócić”.

     

    Zrobiła jednak nie tylko to.

     

    Z uporem, który jest jedną z jej ważnych cech, szukała możliwości działania w warunkach, na jakie nie miała wpływu. Miała bowiem wpływ na to, co zrobi w tych właśnie warunkach.

     

    Dzisiaj jest silniejsza, mocniejsza, a jej firma rozwija się w sposób, o jakim kiedyś marzyła, choć nie w sposób, w jaki sądziła, że będzie się rozwijać.

    Inwestycja w ludzi, wspieranie ich na drodze rozwoju, pomaganie w osiąganiu ich celów sprawia, że i ona jest mocniejsza i może więcej. 

     

    “Na Kasprowy Wierch mogą dotrzeć wszyscy i to kolejką, ale na Mount Everest wchodzą nieliczni i na pewno nie wejdą tam sami” 

     

    Zanim jednak zbudowała zespół musiała wesprzeć samą siebie. Jak wiele z kobiet uważała, że to wszystko co robi jest czymś zupełnie normalnym, że każdy w taki sam sposób prowadzi swój biznes, że nie ma w jej działaniach niczego wyjątkowego. Przechodziła od zadania do zadania, nie zatrzymując się ani na chwilę, aby docenić siebie za to co osiągnęła, nie celebrując swoich sukcesów – bo nie widziała w nich sukcesów! 

     

    Dzisiaj już tak nie robi. 

     

    Dzisiaj chce widzieć, że każda najdrobniejsza rzecz, która zrobiła dla siebie powinna zostać zapisana, wypowiedziana – doceniona. Bo to jest sukces. I musi o tym powiedzieć, choćby tylko sobie. 

     

    A gdy to zrobi, nie tylko zbuduje swoje poczucie wartości, ale i sprawi, że łatwiej będzie jej żyć w świecie, w którym musi coś udowadniać, tylko dlatego, że jest kobietą.

     

    A przecież jest kobietą, Kobietą przez wielkie K 🙂

     

    Spełnioną i …

     

    Więcej znajdziecie w naszym wywiadzie -> live z Ewą Sidor

    Możesz też przeczytać historię Ewy w książce pt. „7 dróg. W poszukiwaniu życiowej misji ” .

  • Dlaczego Twój networking nie działa?

    Dlaczego Twój networking nie działa?

    [et_pb_section admin_label=”section”]
    [et_pb_row admin_label=”row”]
    [et_pb_column type=”4_4″][et_pb_text admin_label=”Text”]

    Rozmowa z Maciejem Świerczyńskim, Dyrektorem Zarządzającym BNI w woj. Kujawsko-Pomorskim 

     

    Joanna P.C.: Podobno sprawiasz, że „networking w biznesie staje się skuteczny”. Co to dokładnie oznacza?

    Maciej Świerczyński: Networking jest w Polsce błędnie rozumiany. Kojarzy się z networkiem – systemem biznesowym opartym o multilevel marketing. To jest nieprecyzyjne, bo networking to budowanie wzajemnych relacji nie oczekując nic w zamian. Jest narzędziem wykorzystywanym w różnych gałęziach biznesu.

    Networking jest skuteczny wtedy, gdy jest szczery i bez podtekstów. Jeśli myślę, że zarobię na tobie lub dzięki tobie, to nie jest to networking, tylko sprzedaż. Ludzie idą na tzw. event networkingowy, poznają tam innych przedsiębiorców, rozdają wizytówki, a po pewnym czasie od takiego wydarzenia mówią – networking nie działa, bo nic nie sprzedałem.

     

    Wybacz, że przerywam, ale … to przecież standard. Podczas tych spotkań jest czas na konferencję z gościem, a potem na wymianę wizytówek …

    Networking zaczyna się dopiero po evencie. Chodzi o to, że kilka dni po spotkaniu odezwę się do poznanej osoby, zbudujemy razem jakąś relację, wypijemy kawę, porozmawiamy. I dopiero wtedy zaczyna się ten „prawdziwy” networking, czyli budowanie długotrwałej, szczerej relacji. Wróciłem właśnie służbowo z Dubaju. Jeszcze rok temu nie miałem tego nawet w planach. Relację, jaka skierowała mnie do Emiratów budowałem przez rok. Najpierw była wspomniana kawa i luźna rozmowa bez żadnych oczekiwań.

     

    Wow! To jest dla mnie odkrywcze!

    Spójrz na statystykę tzw. spotkań networkingowych. Idziesz na event biznesowy, podczas przerw kawowych możesz poznać pięć do dziesięciu osób. Tam nie ma czasu na sprzedaż, więc zazwyczaj, początkujące osoby przenoszą oczekiwania transakcyjne na kolejne spotkanie. I to jest błąd. Idziesz na kawę, od razu przedstawiasz ofertę i próbujesz coś sprzedać nowo poznanej osobie. Ile masz szans na sprzedaż? Jeśli jesteś dobrym sprzedawcą, to maksymalnie pięć lub dziesięć.

    Zmień jednak perspektywę i zacznij patrzeć na proces networkingowy poprawnie. Spotykasz się z nowopoznanymi przedsiębiorcami, ale nic im nie sprzedajesz. Powodujesz, że oni wiedzą co robisz, zaczynają ci ufać i w efekcie, zaczynają polecać twoją ofertę. Własnych kontaktów mają sto. Jeśli nie dasz im o sobie zapomnieć, to mogą cię polecać wielokrotnie w skali roku. Czyli nie będzie to pięć szans, tylko około 5 x 100 potencjalnych szans na współpracę. Jeśli oni cię polecają, to kto tu jest sprzedającym? Oni. Osoba która Cię poleca „robi ci” rynek, bo ci ufa.

     

    Czy ta metoda działa w każdej branży?

    Nie spotkałem branży w której by to nie działało. Oczywiście, są różnice między networkingiem z przedsiębiorcą, a np. dyrektorem banku, ale co do zasady, poznawanie się i po prostu rozmawianie o biznesie możesz prowadzić z każdym.

     

    Wrócę do pytania o sprzedaż podczas spotkań networkingowych. W którym momencie można wyjść z ofertą biznesową do naszego rozmówcy, polecić mu zapoznanie się z naszym portfolio?

    Odpowiem najprościej – nigdy tego nie rób. Jeśli ja z Tobą buduję relację, to nie po to, żebyś ty ode mnie coś kupiła (chyba, że sama poprosisz o moją ofertę). Dla mnie ważniejsze jest, abyś ty wiedziała co robię, ufała mi i poleciła mnie, gdy usłyszysz, że ktoś może potrzebować tego, co ja oferuję. Czyli owocem networkingu jest to, że ja z tobą buduję relację, która być może w przyszłości przyniesie mi korzyści biznesowe. Networking działa w skali, im więcej osób ci ufa, tym więcej z nich będzie cię polecać.

    Osoby które zaczynają swoją przedsiębiorczą drogę, oczekują efektów za szybko i nieadekwatnie do sytuacji. Po prostu chcą mieć klienta, nie ważne jak go pozyskają, byle w końcu ktoś coś kupił.

     

    To w jaki sposób budować te dobre relacje? Są jakieś wskazówki jak można to robić poprawnie?

    Są trzy główne kroki i trzeba je zrobić po kolei. Ich przeskoczenie nie gwarantuje ci długoterminowego sukcesu.

    Zapamiętaj trzy angielskie wyrazy: visibility, credibility, profitability. Twoi partnerzy muszą wiedzieć co robisz, aby ci ufać i cię polecać.

    Zacznij od bycia widoczną (visibility). Jeśli ciebie nikt o nic nie pyta, to sama wyjdź z inicjatywą. Przygotuj sobie trzy, cztery pytania i zadawaj je ze szczerym zainteresowaniem. Włącz w głowie ciekawość. Przygotuj sobie grunt – to jest jak uprawa roślin, gleba musi być żyzna. Jeśli osoba poczuje się z tobą dobrze, to już zawsze będzie chciała mieć z tobą kontakt, bo będzie pamiętać, że jesteś dobrym, uważnym i zaangażowanym słuchaczem. Będzie pamiętać, że nie zależy ci wyłącznie na sprzedawaniu usług, ale na szukaniu powiązań między ludźmi, szukaniu odpowiedzi na pytania które każdy zadaje.

    Jak ktoś nam sprawia radość, to chcemy mieć z nim kontakt. Może być tak, że ktoś nie będzie tobą zainteresowany, ale jeśli ty nim jesteś zaciekawiona, to jest to ważniejsze. Dopytuj, interesuj się, bądź blisko aż w końcu ten ktoś cię zauważy i również zacznie o ciebie pytać.

     

    Co z drugim krokiem?

    Credibility – czyli sztuka budowania zaufania. Po to są dzisiaj social media, aby budować zaufanie, a nie wyłącznie, by sprzedawać. Szukamy specjalistów, którzy wypowiadają się spójnie i na jeden temat.

    Co trzeba zrobić, aby ludzie ci ufali? Być zgodnym z sobą. Muszą wiedzieć czym nie zajmujesz.  Nie chodzi tu o wymuszoną oryginalność czy ekscentryzm, ale o bycie spójnym ze sobą. To jak wyglądasz, mówisz, zachowujesz się w gronie ludzi na jakich ci zależy, będzie jednakowe dla każdego miejsca i czasu w jakim będziesz występować. Nawet jeśli wydaje się, że nikt cię jeszcze nie zna w środowisku, bo dopiero zaczynasz biznes, niech cię to nie zwiedzie. Mimowolnym ocenom podlega każdy.

    Tutaj dobrze działa metoda mikroobietnic. Obiecuj jednak tylko to, co możesz spełnić. Na przykład, jak się umawiasz na konkretny termin, to nic innego nie może ci go zająć. Jeśli umawiasz się na wykonanie czegoś lub dostarczenie informacji, to spełnij tę obietnicę. Te z pozoru niewielkie elementy budują zaufanie względem ciebie, w myśl zasady, że jak wykonujesz małe rzeczy, tak i tworzysz wielkie projekty.

     

    A trzeci krok?

    Profitability, czyli zyski czerpane z networkingu, to już poniekąd efekt twojej pracy. Aby osoba cię poleciła, musisz mieć z nią kilka, kilkanaście przeprowadzonych rozmów, odbytych spotkań. Ilość i częstotliwość kontaktów powoduje budowanie relacji. Networking to pilnowanie i budowanie relacji.

    Zastanów się, kto jest ważny dla twojej biznesowej relacji, bo domyślam nie, że nie „wszyscy” znajomi z facebooka? Ja sprawdzam raz w roku swoje kontakty zapisane w notatniku, porównuję kto jest moim klientem, czego się od kogoś nauczyłem, co było między nami ważnego i np. w ramach podtrzymania relacji, wysyłam książkę z dedykacją, aby o sobie przypomnieć i potwierdzić, że ja też pamiętam o tym kontakcie.

    Buduję swój świat, więc cenię kontakty, które mają dla mnie znaczenie. To jest oś networkingu.

     

    OK, zasady procesu networkingowego już znamy. A jak w Twojej ocenie wygląda styl budowania relacji biznesowych u kobiet i mężczyzn – czy są w nim jakieś różnice?

    Pracuję w branży od trzynastu lat i mogę powiedzieć zdecydowanie, że tak, różnice występują. Przeprowadziłem nawet na własny użytek badania na ten temat.

    Powiem skrótowo – kobietom łatwiej jest zacząć, ale trudniej skończyć. Ciemne zakamarki networkingu w które możecie wpaść, to przede wszystkim silne zaangażowanie w relację i osobiste traktowanie kontaktu. Kiedy się kontaktujecie z facetem, dużo łatwiej jest wam zacząć rozmowę, opowiedzieć historię i cały kontekst tego, co chcecie osiągnąć. Ale mimo wszystko, to zwykle nie jest dobre rozpoczęcie kontaktu, bo jeśli dzwonisz i chcesz się umówić na kawę z nie do końca znajomym ci mężczyzną, to … wiem, zabrzmi to kontrowersyjnie, ale on może tego nie zrozumieć właściwie.

     

    Nawet, jeśli budujemy wyłącznie biznesową relację?

    Jeśli nie jesteś sprzedawcą i zapraszasz go na kawę, aby poznać się, nawiązać relację, to niestety tak to może być odebrane. Facet nie ma problemu się spotkać i pogadać, ale może nie chodzić mu wyłącznie o biznes.

    I tutaj jest druga różnica między nami. Facet gorzej zaczyna kontakt, bo jak pisze – „Spotkajmy się, wypijmy kawę i poznajmy się”, to kobieta która nie ma jeszcze wyuczonego biznesowego podejścia, może nie rozumieć po co on ją zaprasza na tę kawę? I zanim ze sobą nawiążą kontakt, gdzie to on będzie stroną inicjującą, może minąć sporo czasu i niepotrzebnych domysłów.

     

    Nie rozumiemy siebie za dobrze, bo nie mamy wzajemnego zaufania? A co z pozorną łatwością kobiet do nawiązywania relacji i wchodzenia dość szybko w prywatne tematy?

    To kolejny zaułek waszej natury, ale na szczęście zawęża się on do relacji między dwiema kobietami. Kiedy panie szybko znajdują swoje „flow”, mają słabość wchodzenia w koleżeńskość, plotki, za szybko wchodzą w przyjaźń. W networkingu nie chodzi o przyjaźń międzyludzką, ale o przyjaźń biznesową. Tam nie ma miejsca na zapraszanie się do domu i opowiadanie o życiu prywatnym, bo nie to jest celem relacji biznesowej.

    Muszę też wspomnieć o waszym dążeniu do bycia lubianymi przez wszystkich. Kobiety chcą wszystkich zadowalać, są naturalnie opiekuńcze, cenią spokój, szczęście, harmonię. Nie przekładajcie tego na biznes. Ktoś cię nie lubi? I co z tego? Jaki masz na to wpływ i w ogóle – po co chcesz to zmieniać?

    Nie o to chodzi, aby być wszystkim dla wszyskich, z każdym się ułożyć. Masz być jakaś, czyli konkretna i zgodna z sobą.

    Tak naprawdę, sztuką robienia biznesu jest umiejętność mówienia „nie”, a nie „tak”. Czym więcej raz powiesz „tak”, tym więcej będziesz mieć problemów. Im więcej razy mówisz „nie”, masz lepszy biznes, bo nie pozwalasz nikomu wchodzić sobie na głowę ani decydować za ciebie. To ty decydujesz co jest dla ciebie właściwe w danej sytuacji. Wpojono nam historię sukcesu, dlatego zbyt często mówimy „tak”.

     

    Kto więc ma „łatwiej” w budowaniu networkingu?

    Do pewnego momentu lepiej robi to kobieta, bo ma wyższy iloraz inteligencji emocjonalnej. Chodzi o budowanie relacji, czyli troszeczkę o odgadywanie tego, co chce druga strona. Mężczyźni tego muszą się uczyć.

    Inaczej też wyglądają budowane relacje w zależności od typu osobowości. Introwertycy lepiej tworzą networking. Mimo, że ekstrawertyk robi więcej kontaktów, to zdecydowanie szybciej się nudzi, robi tylko statystyki. Introwertycy wolą dłuższe relacje, wolą ich mieć mniej, ale żeby były bardziej dopasowane do tego, co dla nich ważne i wartościowe.

     

    Według Ciebie, nad czym warto poćwiczyć, aby budować wartościowe biznesowo relacje?

    Koniecznie trzeba pracować nad ciekawością drugiej osoby i rzetelnością swojej pracy. Kluczem jest, by być sobą, być kimś określonym. W przenośni można powiedzieć, że trzeba mieć jakiś wyrazisty smak.

    Najważniejsze i chyba najbardziej kontrowersyjne jest to, aby dzielić ludzi – jeśli ktoś nie przepada za tobą, to nie rób z nim biznesu. Jak ktoś cię denerwuje, to nie wchodź na siłę i wbrew swojej intuicji w tę relację. Jeśli od początku coś mi nie pasuje w danym kontakcie, to szybko go  przerywam. To jest biznes, nikt na nikogo się nie obraża, trzeba otwarcie powiedzieć, że są tematy na jakie nie mogę się zgodzić lub rozbieżności co do oczekiwań, więc nie ma sensu tracić cennego czasu na coś, co od początku nie zapowiada się dobrze.

     

     

    Serdeczne dzięki za cenne wskazówki!

     

     

    Maciej Świerczyński – Dyrektor Zarządzający BNI w woj. Kujawsko-Pomorskim oraz autor platformy edukacjnej Networking w Biznesie.

    [/et_pb_text][/et_pb_column]
    [/et_pb_row]
    [/et_pb_section]

  • Czasem, można tylko czekać

    Czasem, można tylko czekać

    W roku 2021 zaprosiliśmy Was na siedem spotkań live z bohaterkami książki „7 Dróg. W poszukiwaniu życiowej misji”, autorstwa Anny Maruszeczko. Przypominamy Wam teraz te spotkania i zachęcamy do odświeżenia tego, o czym mówiły nasze książkowe bohaterki.

    Przypominamy Wam live z Iwoną Kruszyńską, dzielącą się swoim doświadczeniem miłości i walki o zdrowie ukochanej osoby. Rozmowę prowadziła Joanna P. Cybulska.


     

    “Czułam strach, bezsilność, złość, zagubienie, samotność. Nie miałam w sobie dość siły, aby choć zamknąć komputer Krzysztofa i schować go do szafy. A jednocześnie robiłam wszystko, aby znaleźć coś, czego będę się mogła uchwycić, co da mi choć odrobinę nadziei”.

     

    Gdy narzeczony Iwony nagle dostaje udaru, a potem zapada w śpiączkę jej życie przewraca się do góry nogami. Zastanawia się ze zdziwieniem, jak mogła do tej pory przejmować się różnymi rzeczami, że to nic nie znaczy. 

     

    Nie wie, czego się może spodziewać … 

     

    Nie wie, jak bardzo choroba Krzysztofa okaże się zaawansowana. Spektrum zagrożeń jest tak szerokie i tak nieprzewidywalne, że jedyne, co może zrobić to czekać.

     

    A czekanie nie jest tym, co zna. Zna działanie, szukanie rozwiązań. Tym razem jednak może tylko czekać.

     

    I czeka.

     

    Gdy narzeczony wybudza się ze śpiączki Iwona wie, że ja rozpoznaje. Wie, kim ona dla niego jest. Ale nie ma pamięci krótkotrwałej, więc nawet nie mogą porozmawiać. Sytuacja jest tak trudna, że Iwona ma świadomość, że właściwie są zdani tylko na siebie. Że ona jest zdana przede wszystkim na siebie. Bo rokowania są takie, że resztę życia Krzysztof spędzi w łóżku, całkowicie zależny od niej. Od jej siły, jej miłości, wytrwałości i uporu.

     

    Jest rok 2010. 

     

    Iwona szuka informacji o ludziach, którzy po udarze krwotocznym wracają do zdrowia. Znajduje badania o neuroplastyczności mózgu i chwyta się tej szansy, wierząc, że to jest jedyny skuteczny sposób na rehabilitację i odzyskanie w jak największym stopniu przez Krzysztofa sprawności fizycznej i umysłowej.

     

    “Nie miałam żadnej pewności, że to się może udać. Wiedziałam jednak, że ten czas i tak upłynie. Jedyną alternatywą dla tych prób było… nic. Nie było żadnej innej metody”.

     

    Po trzech miesiącach Krzysztof powoli zaczyna chodzić, jeszcze niesamodzielnie, ale wstaje z łóżka. Po 7 latach idą razem w góry. Powoli, korzystając z pomocy innych, ale idą. Razem.

     

    A Iwona już wie, jak cenne jest zdrowie i życie. Wie, że jako ludzie jesteśmy dużo silniejsi niż nam się wydaje. A gdy walczy się o tych, których się prawdziwie kocha, ta siła i nieugiętość stają się olbrzymie.

     

    Odkrywa w sobie coś jeszcze…

     

    Całość wywiadu zobaczysz tutaj: live z Iwoną

     

    Możesz też przeczytać historię Iwony w książce pt. „7 dróg. W poszukiwaniu życiowej misji „. 

     

  • Wolę mieć dobrą relację niż rację

    Wolę mieć dobrą relację niż rację

    Rozmowa z Jakubem Gromkiem, Panem Produktywnym, autorem książki „Obudź swoją produktywność” i mentorem FKN

     

    Joanna P.C. Jesteś mentorem Fundacji Kobieta Niezależna, a w sieci występujesz jako Pan Produktywny. Skąd pomysł, że produktywność jest ważna?

    Jakub Gromek: Zanim odpowiem, to chciałby ujednolicić definicję, bo dla każdego produktywność może znaczyć coś innego. Dla wielu osób, produktywność to osiąganie sukcesu, zdobywanie tego co zostało zaplanowane. Dla mnie to wykonywanie rzeczy ważnych, które są w zgodzie z moimi wartościami. Wszystko, co chcę osiągnąć. To jest skupienie na tych rzeczach, które są dla mnie najbardziej istotne. Ważne, aby realizować siebie, swoje cele, swoje marzenia, budować życie świadomie w oparciu o wartości i misję jaką mamy w życiu. Aby kierować się własnym pomysłem na siebie, a nie sugestiami innych osób.

    Wielu ludzi nie zastanawia się nad tym co jest dla nich ważne, co znaczy sukces, szczęście, a dla mnie to są fundamenty szczęśliwego i radosnego życia. W tym też zawiera się budowanie podstaw niezależności. Dlatego produktywność jest ważna, bo skupia naszą uwagę na tym, co naprawdę istotne i kierunkuje nasze działania.

     

    Dlatego zacząłeś studiować coaching, aby wreszcie osiągać swoje cele?

    Wciąż łączę wiele ról, bo nadal pracuję w IT, ale coachingiem zająłem się z nieco innego powodu. Nie potrafię pracować bez ludzi, potrzebuję ich by mieć energię. Gdy jestem zamknięty w domu, dosłownie tracę siły, a gdy wchodzę na konferencję to jestem wulkanem energii. Od 2014 roku, kiedy zacząłem się świadomie rozwijać pod okiem Kamili Rowińskiej, zobaczyłem że można żyć inaczej. Dostrzegłem, że jest wiele osób, którym mogę pomóc, bo jestem przed nimi przynajmniej o dwa kroki. I po kilku szkoleniach, m.in. „Zbuduj wewnętrzną siłę” i po „Akademii Trenera”, stwierdziłem, że to jest coś co chciałbym robić, by było to moją pracą.

    Pomaganie jest moją wartością i chciałbym wspierać tych, którzy potrzebują akurat tego, na czym się znam. Zdecydowałem się na studiowanie coachingu w tej samej szkole co Kamila. Więc na mojej drodze coachingowego rozwoju najpierw byłem ja i moja potrzeba samorozwoju, ale potem szybko weszli w to ludzie, którym zacząłem pomagać.

     

    Postrzegasz siebie jako coach kariery czy life coach?

    Bazując na tym, czego potrzebują obecnie klienci, to wygrywa life coaching, a w drugiej kolejności znajduje się coaching biznesowy. Pandemia obnażyła nasze wyzwania, problemy z jakimi się mierzymy. Niezależnie, czy ktoś ma 20-letnie doświadczenie w biznesie czy buduje start up, to jeśli nie odblokuje siebie, tzn. w świadomy sposób wykorzysta swój potencjał i swoje mocne strony, nie będzie odnosić spektakularnych sukcesów. To, co np. jest moją słabszą stroną, mogę delegować na innych, aby ktoś wykonywał zadania, których nie lubię albo wiem, że ktoś zrobi to lepiej ode mnie. Ale najpierw warto dowiedzieć się w czym jestem dobry, co mnie mobilizuje, a co spowalnia. W taki sposób buduje się skuteczność biznesową.

    Klienci nieraz przychodzili i mówili, że potrzebują coachingu biznesowego, a potem się okazywało, że rozmawialiśmy o relacjach, związkach, o tym co daje im radość, energię, a co ją odbiera. Dlatego określiłbym siebie dzisiaj jako life coacha. Jeśli poukładamy się jako ludzie, to potem możemy budować biznes i dawać dobry przykład jako liderzy. To jest naturalny i właściwy ciąg.

     

    To co mówisz, wydaje się mało ekscytujące. Nie ma tu miejsca na nieprzewidywalność, moment zaskoczenia, coś co nas ciekawi w każdym kolejnym dniu życia …

    To, co mówię to kompetencja jaką zbudowałem. Prywatnie, jestem, a raczej byłem typem człowieka żyjącego w stylu „carpe diem”, bez planów. Życie to pełny spontan, improwizacja na każdym etapie.

     

    Jak to się ma do produktywności?

    Bez zaplanowania nie da się wiele osiągnąć. Idąc trybem „carpe diem” nie przejmujesz się co będzie dalej, można być zadowolonym ze wszystkiego, co się osiąga. Po prostu jesteś, żyjesz, wszystko cię zadowala. Ale kiedy zaczniesz się zastanawiać co daje ci szczęście, co chcesz osiągnąć, kiedy pojawią się dzieci, zmienia się twoja sytuacja życiowa, to wtedy przychodzi czas na refleksję. I wtedy się gubimy, bo jeśli nie myśleliśmy o naszych oczekiwaniach wobec siebie czy życia zbyt często, to trudno jest to potem precyzyjnie określić.

    Na przykład, “byłem dziesięć lat w związku i byłem szczęśliwy. Teraz już w nim nie jestem i nie wiem, czy jestem szczęśliwy. Nie wiem co to dla mnie znaczy być szczęśliwym”. I kiedy zaczniemy sobie zadawać te pytania dzisiaj, to za rok będziemy w zupełnie innym miejscu, ale trzeba w sobie wpierw przełamać tę niechęć przed poznawaniem samego siebie.

    Widzę to trochę jako ciemną stronę rozwoju osobistego. Zastanawianie się, dochodzenie do pewnych wniosków to może być bardzo obciążające, to może być duży koszt energetyczny, ale warto to robić. Długoterminowo patrząc na siebie i otoczenie klientów z jakimi pracuję, wszyscy którzy zechcieli rozwijać się, zyskali na tym dużo. Pojawiały się ciężkie emocje frustracji, bezsilności, ale w perspektywie budowanie niezależności, to jest silny fundament od którego dobrze jest zacząć podróż.

     

    Skoro już wspomniałeś o tym, to powiedz, jaka jest Twoja definicja niezależności?

    To jest możliwość decydowania o sobie w pełni. Decydowanie o każdym obszarze życia.

    Tych “niezależności” może być wiele np. można je rozpatrywać jako niezależność od rodziców, finansową, od pracy, szefa. To jest decydowanie o samym sobie w zgodzie ze swoimi wartościami.

     

    Od jakiego okresu życia należy budować niezależność? Jesteś ojcem dwóch córek, czy już teraz myślisz o tym, aby pomagać im budować własną niezależność?

    Do wychowywania mam podejście cierpliwe, dające dużą przestrzeń do decydowania o sobie od najmłodszych lat. Dopóki dzieciom nic nie grozi, to daję im wolny wybór we wszystkim, co robią. Jeśli któraś z moich córek idzie bez szalika w mroźny dzień, nawet jeśli się rozchoruje, mimo moich ostrzeżeń, to będzie to konsekwencją jej wyboru. Chcę, żeby same doświadczały nieuchronności efektów tego, co chcą robić. Chcę im pokazać też na własnym przykładzie, co znaczy być samodzielnym, niezależnym. Kiedy się uczę, to mówię, że idę się uczyć, kiedy pracuję, to mówię im, że pracuję. Kiedy idę na coaching, to tłumaczę im, że jest to pomaganie innym szukania swojego celu. Tłumaczę im to jak dorosłym, daję im możliwość zadawania pytań, możliwość dociekania, ale też ignorowania.

    Staram się nie wpływać na ich decyzje, staram nie pokazywać dwie strony medalu, różne alternatywy. Daję im możliwość decydowania o tym, czy coś chcą robić, czy nie. Rozmawiamy o pieniądzach, o wydatkach, o przyszłości, o tym co mogą robić w życiu, pomagam im odkryć ich talenty. Nie naciskam mówiąc – Widzę, że lubisz tańczyć to powinnaś ćwiczyć taniec. Pytam – Co najbardziej lubisz robić? Słyszę: Lubię rysować. To może chciałabyś, abym zapisał cię na zajęcia? Jedna córka mówi – Super, zapisz mnie!, a młodsza mówi – Nie chcę. I to jest OK. Nie naciskam. Zapisaliśmy jedną z nich do kółka teatralnego i ona zdecydowała, że nie będzie występować w spektaklu. Nie ma sensu naciskać, odda komuś rolę i to jest w porządku. Nikt jej nie namawia czy nie krytykuje mówiąc „ty jesteś taka czy inna”, musisz zagrać.

     

    Wielu rodziców namawiałoby dziecko, aby zmieniło swoje zdanie. Miewasz w takich momentach pokusę coachowania córki?

    Nie zamierzam coachować córek, ale przez to, że mam te kompetencje, to nie ukrywam że zadaję dużo otwartych pytań, sprawdzam co jest powodem konkretnej decyzji. Na przykład, jedna jest chora, i zostaje w domu, i druga też nie chce iść do szkoły. Pytam: Co jest powodem że nie chcesz iść? Może źle się czujesz? Może coś niepokojącego dzieje się w szkole? Raz było tak, że nie dogadywała się z koleżankami, widziałem, że towarzyszą temu silne emocje. Pytałem, co by się musiało wydarzyć, aby zechciała iść, jakie ma oczekiwania, co możemy wspólnie z tym zrobić? Automatycznie wchodzi w to coachingowy tryb, to pomaga otwierać rozmowę.

    Wolę być dla moich córek tatą niż coachem. Chcę, żeby miały poczucie, że mogą ze mną porozmawiać, by czuły że ich dobrostan jest dla mnie bardzo istotny. Daję im możliwość zadawania pytań. Wiedzą, że nie będę naciskał na uzyskanie odpowiedzi, ale będę pytał i jeśli zechcą mi powiedzieć co stoi za ich poszczególnymi wyborami to to zaakceptuję. A jeśli nie będą chciały tego wyjaśnić, to nie będę robić z tego tragedii, to jest ich decyzja, mimo, że chciałbym wiedzieć.

     

    A co, kiedy widzisz zachowanie znajomych z którym się nie zgadzasz? Dajesz rady czy raczej starasz tego nie robić?

    Ekstrawertyk najpierw mówi, potem myśli, więc znając swój styl działania, wyprzedzam to. Staram się najpierw dowiedzieć, czy chcą otrzymać ode mnie informację zwrotną, czy jest to dla nich istotne. Nie udzielam rad, ale jeśli chcą to zwracam uwagę i poszerzam im perspektywę patrzenia, co mogli zrobić inaczej. Są osoby które nie chcą słyszeć takiego komentarza, a inne pytają – A co mogłem innego zrobić? I wtedy kieruję rozmowę tak, aby osoba sama odkrywała inne rozwiązania. Wiadomo, że kiedy zwracam się do kolegów, to jest to mniej oficjalne, mówię wprost, że dane zachowanie było bezsensowne. Zobacz co się wydarzyło, partnerka obrażona, dziecko obrażone – co wygrałeś na tym? Można było załatwić to inaczej.

     

    A gdy Twoje córki będą miały inną definicję niezależności niż Ty?

    To będzie to OK. Ja będą się starał do samego końca dawać im dobry przykład i pozwalać im decydować o sobie. Nie chcę ponad wszystko mieć racji, bo wolę mieć dobrą relację niż rację. I dzieci mają prawo do tego, aby się ze mną niezgadzać. Uważam, że mają prawo do decydowania o sobie od początku, pod warunkiem, że nie jest to dla nich niebezpieczne.

    Trzeba też dać dziecku poczucie sprawczości, aby miało przekonanie od małego, że może decydować o sobie. Staramy się dawać wraz z partnerką naszym córkom przestrzeń w niezależności do samodzielnego decydowania o tym, co będą jadły czy w co się ubiorą. Pokazujemy im, że życie to nie jest „tato, mamo podaj mi, zrób mi”, ale że są też obowiązki. Dziewczynki same sprzątają, zrobią sobie coś do jedzenia. Im to sprawia radość, i nam również, bo widzimy że są już samodzielne i potrafią wybierać to, co jest dla nich dobre. To jest pierwszy krok do budowania niezależności, bo jeśli jest głodna, to nie musi czekać na kogoś aż zrobi jej jedzenie, może sama zadecydować o tym, że teraz chce zjeść. To jest pomocne do budowania poczucia sprawczości, pewności siebie, że ona może coś zrobić zgodnie z jej potrzebami. Ty decydujesz. Nie chcesz jeść, to nie jedz teraz.

    Proszę często moją mamę, która ma trzydziestoletnie doświadczenie bycia przedszkolanką, by nie namawiała moich dziewczyn, aby ciągle coś jadły. Moje dzieci są nauczone, aby jadły tyle, ile potrzebują, a nie przejadały się. To nie jest dobre mówienie „babci będzie przykro”, to jest szantaż emocjonalny i tego nie chcemy uczyć dzieci, wymuszania czy zmuszania do pewnych rzeczy. To są elementy które długoterminowo pokazują, że dziewczynki są szanowane. Dając dzieciom odpowiedzialność za siebie i możliwość decydowania o sobie, dajemy im szansę na to, że wejdą silniejsze w dorosłość.

     

    Wielu rodziców oprócz jedzenia, narzeka też na późne granice snu ich dzieci. Na co w tym przykładzie zwróciłbyś uwagę?

    Odkąd urodziły się moje córki, kładziemy je spać około dziewiętnastej trzydzieści, czytamy bajkę i zaraz potem idą spać. Wiem, że o dwudziestej trzydzieści mogę swobodnie się umawiać z moimi klientami, bo wtedy na pewno jestem już wolny. Inni rodzice mówią mi, „A moje idzie spać o dwudziestej trzeciej”. Powiedziałbym wtedy, że są pewna granice i dobre praktyki które należy wprowadzać odgórnie, ale też dawać przykład. Dzieci powinny mieć świadomość, że ja też potrzebuję przestrzeni dla siebie, idę spać, jestem zmęczony, że rodzice potrzebują czasu dla siebie. One to rozumieją i akceptują, ale trzeba o tym z nimi rozmawiać, dowiadywać się co czują kiedy to słyszą. Co potrzebują, jakie mają oczekiwania.

     

    To wygląda gładko, wielu rodziców czytając to, pewnie w to nie uwierzy.

    Jest to możliwe, ale trzeba zacząć to wprowadzać od początku i małymi krokami. Jeśli dziecko idzie spać o dwudziestej trzeciej, to nie kładź go spać o dwudziestej, bo przez trzy godziny będziesz się stresować razem z nim. Jeśli zaczniesz od rozmowy, wyjaśnisz swoje argumenty, zobaczysz zmiany. Byle nie było to autorytarne – od dzisiaj idziesz spać o ósmej! Czy Ty lubisz, kiedy tak się do Ciebie mówi? Nie narzucaj swojej woli zgodnie z zasadą „dzieci i ryby głosu nie mają”, bo wychowasz uległe dziecko.

    Ja jestem zdania, że powinniśmy być partnerami, mówić otwarcie – Słuchaj, kładziemy się o piętnaście minut wcześniej. W kolejnym tygodniu też. I to jest metoda małych kroków. I po kilku tygodniach masz już dwie godziny ekstra dla siebie, możesz iść pobiegać, coś obejrzeć, masz czas na książkę, na relaks. Im wcześniej zrozumiemy, że nie jesteśmy niewolnikami w naszym domu, tym szybciej zaczniemy budowanie wzajemnej, rodzinnej niezależności.

     

    Kobiety mówią, że chciałyby mieć więcej niezależności, ale nie wiedzą jak o nią zabiegać. Dlaczego mężczyźni boją się niezależności kobiet?

    Moim zdaniem to nie kwestia obawy, a raczej jakości zbudowanej relacji. Widać to zwłaszcza wtedy, gdy pojawiają się dzieci. Dzisiaj, jako społeczeństwo bardzo często żyjemy przeszłością wyciągniętą z domu. Nie musimy powtarzać tych stereotypów, które są nam znane z dawnych lat, że to kobieta ma być „udomowiona” i wykonywać wszystkie domowe prace.

    Partnerstwo to jest coś określonego. Trzeba zdefiniować w związkach, co to znaczy, że ja jestem partnerem. Na przykład widać to w pytaniu – Czy mąż ci pomaga? Mąż nie jest gościem hotelowym, on ci nie pomaga. Każdy z domowników powinien mieć określone obowiązki, to powinna być wspólna decyzja. U nas w domu obecnie podział obowiązków jest 60-40, gdzie ja mam do wykonania 40% obowiązków domowych. Teraz nagrywam materiał szkoleniowy i moja partnerka więcej uwagi poświęca sprawom domowym. Kompensujemy to jednak inaczej. Jak mam wolniejszy czas to ustalamy, że ona ma np. dwa dni wolne i może z nimi zrobić co chce. Wszystko zaczęło się jednak od rozmowy.

    Ja też kiedyś żyłem w przekonaniu, że ja jej pomagam, czekam na order, bo umyłem naczynia, gdzie jest moje dowartościowanie? Nie jestem idealny, ale czuję się teraz lepiej, bo wiem czym żyje dom, co mam dopilnować, nic mi nie umyka z rodzinnych relacji. Nikt, kto jest w wysokiej strefie komfortu, tzw. księciem w swoim domu, dobrowolnie nie będzie chciał oddać tego statusu. I podejście do sprawy powinno być delikatne, a nie emocjonalne. Kiedy przyzwyczailiśmy sobie partnerów do pewnego stanu rzeczy i nagle, po szkoleniu czy lekturze „rozwojowej” książki, natychmiast chcemy wprowadzać zmiany, to to nie zadziała. Trzeba porozmawiać o tym, że jest się w procesie, że chce się tę zmianę wprowadzić i że trzeba to zrobić razem, że to będzie dla naszej rodziny dobre. Widzę to tak, powiedz mi jak ty to widzisz, co ty być chciał? Jak się z tym będziesz czuć, gdy tak to rozwiążemy?

     

    Czyli rozmowa jest pierwszym krokiem do wszystkiego?

    Bez przemyślenia i rozmowy, nie dojdziemy do consensusu. Na przykład taka myśl – dla mnie idealny związek to jaki? Brakuje mi czegoś, ale jak bym chciał, aby on wyglądał? Jak ja sobie nie odpowiem na to pytanie, to jak mogę budować dobry związek, kiedy ja nie wiem jaki on ma być? Żyjemy przekonaniami z filmów, z opowieści kolegów i koleżanek. Te dyskusje opierają się o stereotypy, nie ma tam rozmowy, wspólnoty i partnerstwa, są roszczenia, oczekiwania, podejście bo znowu „wszystko ja” – to są uogólnienia. To są emocje, to nas nie zaprowadzi do niczego trwałego.

    Zacząłbym od rozmowy z samym sobą, a potem z partnerem. Do każdej rozmowy warto się przygotować. To co jest przygotowane, przemyślane wybrzmi zupełnie inaczej, niż podczas wykrzyczenia emocji. Te rozmowy mogą być trudne, stresujące, ale w konsekwencji odniosą skutek, bo będą rozważone, efekty będą trwałe, bo zostały wypracowane, wspólnie uzgodnione.

     

    Dziękuję Ci Jakub za cenne spostrzeżenia. 

     

    JAKUB GROMEK: Pokazuje, że da się połączyć wszystkie ważne role życiowe: jest partnerem i ojcem dwóch wspaniałych córek. Aktualnie poza pracą na etacie, prowadzi własną działalność gospodarczą związaną ze szkoleniami i coachingiem. W domu nie jest gościem i ma swoje obowiązki, które już dawno temu zostały podzielone pomiędzy domowników. Do tego z uśmiechem na twarzy idzie przez życie. Sypia średnio 7 godzin dziennie, bo wie, jak istotne są regeneracja i odpoczynek. Jest autorem książki „Obudź swoją Produktywność” – dzięki której zaczniesz planować i ogarniać szum, który w XXI wieku jest wszechobecny i niezwykle rozpraszający.

     

  • Moja droga do spełnienia

    Moja droga do spełnienia

    W roku 2021 zaprosiliśmy Was na siedem spotkań live z bohaterkami książki „7 Dróg. W poszukiwaniu życiowej misji”, autorstwa Anny Maruszeczko. Przypominamy Wam teraz te spotkania i zachęcamy do odświeżenia tego, o czym mówiły nasze książkowe bohaterki.

    Przypominamy Wam pierwszy live z Agnieszką Witkowską, Architektką Porządku. Rozmowę prowadził Adam Krzyżanowski.


     

    Jak Agnieszka sama mówi: nie miałam marzenia bycia osobą sprzątającą, na pewno nie miałam takich planów, gdy studiowałam ekonomię na jednej z najlepszych prywatnych uczelni w kraju. Gdy jednak mój biznes, który prowadziłam nie przynosił spodziewanych dochodów, a firma stała na skraju bankructwa, wiedziałam, że muszę znaleźć inną drogę na zarabianie pieniędzy. Firma sprzątająca była biznesem z najmniejszym progiem wejścia, nie wymagała znacznych nakładów finansowych. 

     

    Nie pokochała jej jednak… 

    I wróciła do pracy etatowej.

     

    Ale, gdy przyszedł moment, w którym Agnieszka musiała sobie zadać pytanie, kim naprawdę jest i czy będąc dyrektorem handlowym ma ten sam błysk w oku, co Ci, którzy pracują dla siebie, z prawdziwej pasji – musiała odpowiedzieć: Nie.  

     

    Nie czuję się dyrektorem handlowym. Jestem nim z zawodu, ale to nie jestem ja

     

    I gdy stanęła przed 70-osobową publicznością podczas szkolenia “Mistrz sprzedaży” u Kamili Rowińskiej powiedziała: jestem współwłaścicielką firmy sprzątającej

     

    I poczuła, że mówi prawdę. I że ta firma to na pewno jest coś, co zbuduje dokładnie tak, jak chce, na jej własnych warunkach, według jej zasad, pod własnym imieniem i nazwiskiem. 

     

    Zdecydowała się na to, choćby to nie miało podobać się innym, bo przecież „właścicielka firmy sprzątającej”  nie brzmi w uszach wielu ludzi tak dobrze, jak dyrektor handlowy. Wymagało to odwagi i samozaparcia, ale było tym, o co warto zawalczyć. 

    Czy czuła się na początku pewnie w swojej pracy? 

    Nie.

    Czy miała świadomość, że to może się nie udać?

    Miała.

     

    Zapytała jednak siebie samą: co takiego najgorszego może się stać, jeżeli spróbuję? I co najlepszego może się stać, gdy się odważę?

     

    Czy potrzebowała pomocy? Jasne! Na szczęście wiedziała, kogo poprosić o wsparcie 🙂

    Nie koleżankę, która od zawsze pracowała na etacie i która lubi stabilizację, rutynę i niespecjalnie korzysta z social mediów. Ale osoby, które same są na początku drogi w swoim biznesie i  są wystarczająco zdeterminowane, aby próbować. I takie, które od lat samodzielnie z sukcesem prowadzą swój biznes i pomagają innym realizować ich marzenia. 

     

    Agnieszka poczuła więc, że ścieżka, którą kroczy, może niepopularna, może nieznana (słyszał ktoś kiedyś o declutteringu?), ale jej własna – to wystarczający powód, aby zacząć. Tak już całkiem na poważnie. 

    I tak powstała marka osobista Agnieszki “Architekt Porządku”. 

     

    Ale to dopiero początek! 

    Posłuchaj całości wywiadu tutaj: live z Agnieszką!

    A gdy zapragniesz więcej (a zapragniesz :)) , zapoznaj się z książką: „7 Dróg. W poszukiwaniu życiowej misji” . 

     

  • Zacznij stawiać na siebie

    Zacznij stawiać na siebie

    Rozmowa z Kamilą Rowińską, prezeską Fundacji Kobieta Niezależna

     

    Aneta Matyjaszek: Jesteś autorką bestsellerowej książki “Kobieta niezależna”. Pierwsze wydanie ukazało się w 2013 roku. Obecnie w sprzedaży jest już trzecie. Realizujesz również szkolenie o tym tytule. Co było najpierw – książka czy szkolenie?

    Kamila Rowińska: Najpierw była moja druga ciąża. Wtedy właśnie doświadczyłam dyskryminacji ze względu na płeć i mój stan. Stałam się kłopotem dla firmy, z którą wtedy współpracowałam jako trenerka i rozstaliśmy się. Dzięki tej sytuacji uświadomiłam sobie, że w wieku 33 lat jestem na tyle stabilna finansowo, że to niewiele u mnie zmienia. Ale wtedy też lepiej zrozumiałam sytuację tych wszystkich kobiet, które powierzają swój los w ręce innych osób, nie dbają o swoją sytuację finansową i bezpieczeństwo w tym zakresie.

    To zmotywowało mnie do tego, aby swoją wiedzę i doświadczenie w budowaniu niezależności mentalnej i finansowej przekazywać innym. W piątym miesiącu ciąży zaczęłam pisać książkę. W trakcie premiery na żywo było 50 osób. Wtedy jeszcze nie byłam tak rozpoznawalna. Po tym wydarzeniu pomyślałam, że byłoby super zorganizować takie spotkanie przynajmniej dla 150 kobiet w moich rodzinnych stronach – na Śląsku.

    Moje przyjaciółki szybko podchwyciły tę myśl i stwierdziły: “Kamila, zorganizujemy to! To jest fantastyczny pomysł. Kobiety tego potrzebują. Muszą wiedzieć, jak zarządzać budżetem, jak poradzić sobie z przekonaniami, które je blokują, jak lepiej zarządzać sobą w czasie, aby mieć go więcej dla siebie”. I zrobiłyśmy to. Do teraz blisko 17.000 kobiet ukończyło to szkolenie na żywo.

     

    Pierwszym miejscem, gdzie zaprezentowałaś książkę i szkolenie “Kobieta niezależna”, był Śląsk. Jak zostałaś tam przyjęta?

    Bardzo dobrze. Czułam, że jestem u siebie, że mówię językiem tych ludzi, że się rozumiemy. Spędziłam tam 25 lat życia (nawet podobno to słychać, kiedy mówię) i znam mentalność osób, które żyją na tym terenie, ich przyzwyczajenia. Na Śląsku wciąż funkcjonuje patriarchalny model rodziny, w której mężczyzna pracuje i zarabia pieniądze, a kobieta zajmuje się dziećmi i domem. Mąż lub partner decyduje o losie materialnym rodziny. Na szczęście to się zmienia.

    Mimo takiego sposobu życia, śląskie kobiety wzięły udział w szkoleniu “Kobieta niezależna” i dobrze je przyjęły. Dla mnie to był sygnał, że rozważają zmianę, chcą się czegoś dowiedzieć.

    Prowadziłam też szkolenia w mniejszych miastach, jak Legnica czy Olsztyn. Tam kobiety na niektóre moje stwierdzenia reagowały oporem. Niektóre uważają, że temat niezależności finansowej nie jest dla nich. Inne – że o pieniądzach nie powinno się rozmawiać, bo to nieeleganckie, że “jakoś to będzie”, że wszyscy teraz tylko o tych pieniądzach, a przecież najważniejsze jest, żeby się kochać.

    To jednak nie wystarczy.

     

    Książka “Kobieta niezależna” jest wciąż chętnie kupowana. Szkolenie na ten temat również cieszy się powodzeniem. Co dzięki nim zmienia się w życiu kobiet?

    To zależy od tego, na jakim są etapie rozwoju. W szkoleniu biorą udział takie, które już są niezależne mentalnie i finansowo i udział w tym wydarzeniu jest taką przysłowiową kropką nad i – chcą pracować nad wybranym aspektem, np. nad domowym budżetem albo potrzebują motywacji, żeby pójść dalej w rozwoju i założyć własną firmę.

    Dla wielu kobiet ogromne znaczenie ma wystąpienie Katarzyny Kraus – radczyni prawnej, która mówi o tym, co trzeba zrobić, aby zabezpieczyć się prawnie i finansowo w związku na wypadek śmierci lub rozstania. To bardzo mocno otwiera oczy wielu kobietom. Po takim spotkaniu wracają do domu i porządkują dokumenty, układają swoje sprawy. W ten sposób wiele z nich uratowało swoje pieniądze i domy, w których mieszkają i do których – jak się okazywało – w przyszłości nie miałyby żadnych praw.

    Są też panie, które dzięki szkoleniu uświadamiają sobie, że właściwie to pracują na dwa etaty – w pracy i w domu. Widzą, że do tej pory brały na siebie większość domowych obowiązków i zaczynają delegować zadania.

    Inne – dostrzegają, jakich kompetencji im brakuje, żeby osiągnąć mistrzowski poziom w swoim zawodzie lub biznesie. Decydują się więc na studia podyplomowe lub dodatkowe szkolenia.

    Są też takie, które zaczynają wierzyć w siebie, po raz pierwszy dostrzegają swoje mocne strony.

    “Kobieta niezależna” to także społeczność kobiet, które wspierają się, nawiązują relacje i myślą podobnie.

     

    Jesteś prezeską Fundacji Kobieta Niezależna. Jaka jest rola Fundacji w budowaniu niezależności kobiet?

    Kiedy otwierałam Fundację, bardzo ważne było dla mnie to, aby kobiety z mniejszych miejscowości miały możliwość zadbania o swój rozwój w czasie wspólnych spotkań za symboliczne pieniądze – “cegiełkę”. Razem z zespołem zdajemy sobie sprawę, że one nie zawsze mogą przyjechać do Warszawy na szkolenie “Kobieta niezależna” albo nawet jak przyjeżdżają, to wracają do swoich miejscowości, gdzie są w tym myśleniu o niezależności osamotnione. Dlatego od początku, czyli od 2020 roku, w FKN realizujemy program “Pora na mentora”. To spotkania, podczas których kobiety nawiązują kontakty i uczą się od ekspertów o różnych aspektach niezależności. Pandemia utrudniła nam organizację spotkań stacjonarnych, ale szybko przestawiliśmy się na tryb online. Mamy nadzieję, że sytuacja się ustabilizuje i szybko wrócimy do spotkań na sali. Na razie korzystamy z obu form.

    Drugim projektem Fundacji, który ma wspierać kobiety w budowaniu niezależności jest Wyzwanie. Wcześniej realizowane było jako Wyzwanie Kamili Rowińskiej. Teraz jest to Wyzwanie Kobiety Niezależnej. Polega na tym, że uczestnicy (w grupie są też panowie) przez rok małymi krokami zwiększają swoje kompetencje, pracują nad sferą mentalną, budują siłę swojego charakteru. Zaczynają od spaceru, stopniowo zwiększając dystans do pokonania w określonym czasie. Do tego dochodzą książki pomagające w rozwoju i wiedza dotycząca zdrowego trybu życia. W tym projekcie nie chodzi tylko o bieganie. Każdy kto wziął w nim udział wie, że to tylko pretekst do tego, żeby mieć czas na rozwój. I także łatwy sposób na ruszenie z miejsca – wystarczy założyć buty i wyjść z domu.

    Obserwuję to, co się dzieje na fejsbukowej grupie stworzonej specjalnie z myślą o wyzwaniowcach, gdzie uczestnicy dzielą się swoimi przeżyciami, trudnościami i wspierają się w trudnych chwilach. Szczególnie czekam na zdjęcia i komunikaty w stylu: “Zostawiam męża z dziećmi na godzinę dziennie i idę biegać”. To pokazuje, że kobieta znajduje czas dla siebie, realizuje swój cel. Wyzwanie jest właśnie po to, aby kobiety zaczęły stawiać swoje interesy na równi z interesami rodziny. Często jest tak, że mężczyzna, jak ma pójść na siłownię, to po prostu idzie. Dzieci nie opuszczą zajęć z tenisa, piłki czy języka angielskiego. A kobieta? Bardzo często odkłada siebie na później. Wyzwanie poniekąd wymusza wygospodarowanie czasu dla siebie.

     

     Zapytałam kobiety na fejsbukowej grupie FKN, czym jest dla nich niezależność, co dla nich oznacza. Pisały m.in., że:

    “Kobieta niezależna wie, że to jej zdanie jest dla niej najważniejsze i nie daje innym możliwości decydowania za nią, tudzież kierowania jej wyborami”.

    “Bycie niezależną to coś daleko więcej niż tylko niezależność finansowa. Ona jest przede wszystkim niezależna mentalnie – więc pieniądze, które zdobędzie będą jedynie skutkiem ubocznym jej niezależnej postawy”.

    “Niezależność to ogromna odpowiedzialność, bo okazuje się, że nie można już zwalać na innych, a nawet jeśli ktoś jest współwinny jakiejś negatywnej sytuacji, to jednak ja wybrałam tę osobę”.

    “Oznacza to dla mnie, że właściwie w każdych okolicznościach sobie poradzę”.

    “[Kobieta niezależna jest] świadoma i konsekwentna, wierna sobie i swoim poglądom”.

     

    Te wypowiedzi świadczą o dużej świadomości kobiet. A czym dla Ciebie jest niezależność?

    Ogromna dojrzałość i piękne wypowiedzi! Gratuluję Autorkom.

    Dla mnie niezależność to niezależność mentalna i finansowa. To wolność w podążaniu za swoimi wartościami, bez intencji ranienia innych. To ważne zastrzeżenie, bo dla niektórych to oznacza “po trupach do celu”. Kobieta ma prawo realizować swoje wartości, jeśli tylko są etyczne, bez względu na społeczne oczekiwania. Są kobiety, które nawet nie dają sobie szansy na to, by się usłyszeć, zadać sobie pytanie “czego ja pragnę?”. Niektóre świetnie odnajdują się w życiu rodzinnym i jest to dla nich spełnienie marzeń. Inne skupiają się na karierze i nie planują zostać mamami. Wciąż jednak słyszą, że marnują sobie życie albo nie są prawdziwymi kobietami. Buntuję się przeciwko takiemu podejściu. To, co mówię o niezależności dotyczy w takim samym stopniu kobiet, co mężczyzn. Również im życzę, aby przestali być zmuszani do życia według czyjegoś scenariusza i oczekiwań innych.

     

    Co byś poradziła kobiecie, która chce stać się niezależna, jest na początku swojej drogi? Jaki pierwszy krok powinna zrobić?

    Może zacząć od lektury książki “Kobieta niezależna” i dołączenia do naszej społeczności. Dobrze, by sama sobie odpowiedziała na pytanie, co oznacza dla niej niezależność. Każda z nas inaczej ją postrzega, dlatego to ważne.

    Niedawno na szkoleniu uczestniczka powiedziała, że będzie niezależna, kiedy będzie mogła sobie kupić coś bez pytania. Kiedy to usłyszałam aż mnie zmroziło. Ta wypowiedź pokazuje przemoc finansową w tym domu.

    Kolejnym krokiem może być budowanie swojej asertywności i wewnętrznej siły. Dla niektórych to będzie się wiązało z pójściem na terapię. To ważne, bo żeby być kobietą niezależną, trzeba być silną wewnętrznie.

    Następnie trzeba zadbać o swoje przekonania na temat pieniędzy, feministek i feminizmu oraz niezależności.

    Ważne jest także takie pokierowanie karierą, aby maksymalnie wykorzystać swoje talenty i potencjał w budowaniu bezpieczeństwa finansowego i stabilizacji.

    Dobrze jest też sprawdzić swoją aktualną sytuację prawno-finansową, np. czy przypadkiem dom nie jest postawiony na działce, która nie należy do mnie. Wiem, że rozmowy z rodziną na takie tematy nie są proste, ale nigdy prostsze nie będą.

    I wreszcie trzeba zacząć stawiać na siebie – na swój rozwój. Mniej wydawać, więcej oszczędzać, a później inwestować.

     

    Ankiety przeprowadzone przez FKN pokazały, że wiele kobiet boryka się z problemami w związkach. Jak według Ciebie mąż/partner może wspierać kobietę w jej dążeniu do niezależności?

    Może zacznę od tego, jak mój mąż mnie wspiera i co jest dla mnie naturalne.

    Po pierwsze, mamy partnerską relację. Oboje pracujemy zawodowo, razem zajmujemy się domem, dziećmi i zwierzętami. Chodzi o to, by podzielić obowiązki w taki sposób, by kobieta miała przestrzeń do swojego rozwoju. Niektórzy panowie traktują to jako zagrożenie, wręcz zamach na ich władzę w domu. Chcę im powiedzieć, że to jest świetne uczucie, kiedy kobieta jest z mężczyzną dlatego, że chce, a nie dlatego, że musi.

    Jeśli związek jest świetny i pełen miłości, to nawet jak ta kobieta zacznie zarabiać pieniądze, nawet jak będzie zarabiać więcej, to bez względu na swoją niezależność, będzie z nim.

    Życzę panom, aby przestali tak nerwowo reagować na sytuację, kiedy żona chce się rozwijać, planuje studia, żeby przestali rzucać kłody pod nogi pod hasłem: “A kto się dziećmi zajmie?”. Kiedy kobieta będzie miała wspierającego partnera, męża z resztą już sobie poradzi. Wystarczy, że nie będzie odczuwała presji i poczucia winy, które są maskowane w stwierdzeniach typu: “W domu ma być widać kobiecą rękę”. A męskiej nie ma być widać? Obie są potrzebne.

     

    Jak Kamila Rowińska buduje swoją niezależność?

    Budowałam ją od 16-17 roku życia, czyli odkąd zobaczyłam, czym kończy się brak niezależności mentalnej i finansowej u kobiet. Od tego czasu dbałam o to, by mieć własne pieniądze. Zaczynałam od inwestowania w siebie, w swój rozwój, aby maksymalnie zwiększać swoje kompetencje, najbardziej mi w danym czasie potrzebne. Od pewnego momentu zaczęłam inwestować tak, aby pieniądze pracowały dla mnie. Obecnie razem z mężem uzyskujemy już pasywne przychody. Dużo inwestujemy i staramy się nie zwiększać kosztów życia. Dzięki temu możemy cieszyć się z dobrej, bezpiecznej sytuacji finansowej.

    Nieustannie korzystam z mentoringu, konsultacji w obszarach, które są mi potrzebne zawodowo.

    Sama potrzebowałam zbudować swoją wewnętrzną siłę, żeby odciąć się od ocen innych ludzi i ich porad. Słyszałam, że jestem wyrodną matką, bo nie siedzę z dzieckiem w domu, posyłam je do przedszkola, korzystam ze wsparcia niani albo wyjeżdżam na weekend z mężem bez dzieci. Takie stwierdzenia miały we mnie wzbudzić poczucie winy i przywołać do porządku. Zakończyłam toksyczne relacje. Pilnuję, by takie komunikaty do mnie nie docierały albo odpowiadam na nie asertywnie i nie biorę ich do siebie. Od mojej mamy-buntowniczki nauczyłam się, że nikt za mnie życia nie przeżyje i najważniejsze jest to, co ja o sobie myślę.

    Dlaczego inni mają wiedzieć lepiej, co jest dla mnie dobre? Jeśli interesuje mnie czyjeś zdanie, pytam o to tych, którzy są dla mnie autorytetami w jakiejś dziedzinie.

    To jest niezależność mentalna i od niej trzeba zacząć.

    W naszej historii jest wiele kobiet, które na szczęście nie zrobiły tego, czego od nich oczekiwano i zaangażowały się w działalność medyczną, prawną czy naukową, jak Maria Skłodowska-Curie czy Wanda Grabińska, która w 1929 r. została pierwszą sędziną w Polsce i jedną z pierwszych w ówczesnej Europie.

    Dzisiaj jest też wiele kobiet, które idą pod prąd – nie chcą zakładać rodziny, mówią o swojej orientacji seksualnej, stawiają na karierę zawodową. Coraz więcej decyduje się na życie zgodnie z tym, czego one pragną.

     

     

    Co obecnie jest według Ciebie największą barierą w budowaniu niezależności kobiet?

    500 plus.

     

    Dlaczego?

    Po wprowadzeniu tego świadczenia wiele kobiet zrezygnowało z pracy zawodowej. Większość z nich zarabiała najniższą krajową. Uważam, że to właśnie one jak najszybciej powinny wrócić do pracy. Przez długą przerwę (np. 10-letnią) w zatrudnieniu będzie im trudniej odnaleźć się na rynku pracy. Przeraża mnie to, że wiele rodzin i samych kobiet uznało, że nie opłaca im się pracować. Po długiej przerwie będą jednak w o wiele gorszej sytuacji zawodowej niż gdyby pracowały na granicy opłacalności.

     

    Przed nami 2022 rok. Czego byś sobie życzyła w nowym roku? I czego byś życzyła innym kobietom?

    Innym kobietom życzę, aby jak najwcześniej brały odpowiedzialność za swoje życie. Życzę im też więcej pewności siebie, mniej poczucia winy, aby potrafiły się skoncentrować na tym, co im służy. Żeby nie były dla siebie takie surowe. Nie muszą być idealne we wszystkim, co robią, zawsze zwarte i gotowe. Ważne, aby potrafiły dostrzec siebie.

    Sobie natomiast życzę zdrowia. To obszar, któremu obecnie poświęcam najwięcej uwagi. Przekroczyłam magiczną czterdziestkę i widzę, że mój organizm teraz mniej mi wybacza, a więcej ode mnie oczekuje.

    Reszta układa się doskonale i niech będzie tak, jak jest.

    Dziękuję za rozmowę.

     

     

     

    Kamila Rowińskaprezeska Fundacji Kobieta Niezależna, jedna z najbardziej cenionych trenerek biznesu i kompetencji miękkich, dyplomowany coach, autorka oraz współautorka książek o tematyce biznesowej i coachingowej, inwestorka. 

     

     

  • Wszystko może być lekcją

    Wszystko może być lekcją

    [et_pb_section admin_label=”section”]
    [et_pb_row admin_label=”row”]
    [et_pb_column type=”4_4″][et_pb_text admin_label=”Text”]

    Rozmowa z Anną Maruszeczko – dziennikarką, autorką podcastu #Wojowniczki&Wojownicy

     

    Joanna Pastuszak – Cybulska: Aniu, jako dziennikarka, prawdopodobnie rozmawiałaś już z tysiącami kobiet. Powiedz, czy jest coś, co jeszcze zaskakuje Cię podczas rozmów z nimi?

    Anna Maruszeczko: Tak, zawsze jest coś takiego. Jesteśmy różne i to jest wspaniałe, bo trzeba nam różnorodności. Ale jeśli coś mnie zaskakuje, to właśnie to, jak dużo mamy ze sobą wspólnego. “O, ja też tak mam!” – uwielbiam te nasze odkrycia. W czym jesteśmy takie podobne? Choćby w naszych słabościach. Powszechnie nie dowierzamy w swoje możliwości, w swój potencjał, umniejszamy sobie: “A to takie normalne. To nic wielkiego. Udało mi się przez przypadek”.

    My kobiety, zdecydowanie łatwiej niż nasi partnerzy, potrafimy się otworzyć i opowiedzieć o tym, co nas uwiera czy dręczy. Nie tylko po to, by ponarzekać. Czasem po to, by w ogóle siebie usłyszeć. Dzięki temu, że rozmawiamy, nazywając stany i uczucia, które są naszym udziałem, łatwiej rozwiązujemy swoje problemy. Doświadczamy wymiany energii. Dajemy sobie uwagę i życzliwość. Ciągniemy się w górę, a nie w dół. Wspólnota doświadczeń jest nie do przecenienia.To nieustająco mnie wzrusza i sprawia, że czuję się pewniej i bezpieczniej.

     

    W tym celu zaczęłaś tworzyć swój podcast? Chciałaś, aby ludzie zaczęli „opowiadać siebie” i uczyli się czegoś nowego o sobie?

    Według Hanny Arendt, „opowiadanie historii to nasz ludzki sposób radzenia sobie z rzeczywistością”. Jest cenną umiejętnością, bo to też działanie z myślą o innych ludziach. Nasza opowieść ma mieć szersze znaczenie.

    Życia nie nauczymy się z podręczników. Rozmowa z drugim człowiekiem jest niezastąpioną skarbnicą wiedzy i inspiracji.

    W opowieściach moich Wojowniczek i Wojowników zwykle ma miejsce jakiś kryzys. Ale nie epatujemy dramatami. Pokazujemy, jak się wychodzi z życiowych zakrętów.

     

    Jak się to ma do niezależności? Czy to właśnie trudności pomagają nam budować swoją odrębność, samodzielność?

    Kryzys wiąże się z cierpieniem, ale bez kryzysu nie byłoby wzrostu, bez porażki nie mielibyśmy szansy na poznanie swojej życiowej siły.

    Wszystko, co nam się w życiu przydarza, może być lekcją. Porażki są po to, abyśmy się budzili z ułudy, żebyśmy chcieli się zmieniać, doskonalić. One na początku zawsze dotykają i bolą. Sama też cierpię, jest mi źle, gdy coś się nie udaje. Ale kiedy ma się otwartą głowę, to zaczyna się myśleć i szukać rozwiązań.

    Są jednak ludzie, którzy zatrzymują się na swojej krzywdzie. Uskarżają się na wszystko, szukają winnych swojego niepowodzenia na zewnątrz zamiast w sobie. Porównują się do innych na zasadzie: „Oni mieli łatwiej. Dostali pieniądze na start od rodziców. A mnie szef nie docenia“ etc. W tym przekonaniu i poczuciu krzywdy nieraz trwają całe życie, zatruwając siebie i otoczenie.

     

    I tutaj powinno nastąpić przełączenie się na inne fale myślowe ….

    U niektórych to jest niczym iluminacja. Nagle odkrywają tajemnicę istnienia. Pod wpływem jakiegoś impulsu następuje przebudzenie. Często jednak trzeba wielu lat pracy nad sobą, aby zobaczyć zaklęty krąg swoich myśli. Gdy mamy kogoś takiego w swoim bliskim otoczeniu i zależy nam na nim, warto niestrudzenie, co jakiś czas, zadawać mu pytania, które prowokują do zmiany myślenia i działania albo poszukania pomocy fachowców, nie wszyscy dają radę w pojedynkę.

     

    A jak do tego ma się niezależność? Co według Ciebie stanowi centrum niezależnej postawy?

    To przede wszystkim samoświadomość i odwaga. Spotykam kobiety, które w ogóle nie mają potrzeby niezależności albo raczej nie rozumieją, jak to jest żyć na swoich zasadach. Boją się niezależności, nie wierzą we własne siły a czasem chociaż czują, że można by coś w życiu poprawić, zwycięża w nich konformizm.

     

    Jaką rolę w budowaniu niezależności kobiet mają mężczyźni?

    Na początku ery samorozwoju kobiet, obserwując to zjawisko, odnosiłam wrażenie, że kobiety zaczęły biec, wręcz galopować, pozostawiając mężczyzn daleko w tyle. One biegły, a oni stali zaskoczeni i przyglądali się temu.

    Jednak uważam, że mądry człowiek nie będzie się obawiał o to, że ja chcę się rozwijać. Jeśli jest inaczej, to albo ja staję się zbyt radykalna w tej zmianie, albo mój partner ma sporo z sobą do przepracowania.

    Trzeba o tym rozmawiać i tłumaczyć swojej drugiej połowie, dlaczego to robię. Przecież mój rozwój osobisty ma służyć lepszym relacjom z innymi ludźmi, nie powinien być celem samym w sobie.

     

    Zgłaszają się jednak do nas panie, którym brakuje pewności siebie, męskiego wsparcia w budowaniu swojej pewności siebie.

    Mężczyźni bywają zdezorientowani. Ale, tak jak powiedziałam, trzeba o tym rozmawiać, inspirować się nawzajem. Kto powiedział, że rozwój osobisty jest tylko dla kobiet? Poza tym kobieta niesamodzielna i potulna jest nudna. Każdy sensowny mężczyzna prędzej czy później doceni ambitną kobietę.

     

    Czy zauważyłaś, w jakimi momencie swojego życia kobiety zazwyczaj zaczynają budowanie niezależności?

    Często dzieje się to pod wpływem przykładu innych kobiet. Nie chodzi o cudzy, gotowy przepis na życie, tylko o inspirację.

    Kiedy kobieta znajduje się w sytuacji, w której nic od niej nie zależy, na nic nie ma wpływu, gdy tkwi w nieudanym związku czy eksploatującej, niesatysfakcjonującej pracy, to wreszcie może dojść do sytuacji, w której czuje, że dłużej nie wytrzyma i otwiera się na zmianę. Szuka sojuszników, kobiecych środowisk, „babskich kręgów”. I zaczyna się uczyć niezależności, i finansowej, i mentalnej. Jakość życia się zmienia.

     

    A czy Ty jeszcze zastanawiasz się nad niezależnością w swoim życiu?

    Ja zawsze o sobie myślałam, że jestem niezależna. Lubię postawić na swoim i w domu, i w pracy. Jednak mając rodzinę, pracując w redakcjach, w zespołach etc, muszę pamiętać, że niezależność ma swoje granice. Aby mieć dobre relacje z ludźmi, trzeba czasem odpuścić.

    Wyznacznikiem niezależności jest dla mnie moja praca, osobne konto w banku, chociaż pieniądze mamy z mężem wspólne. Istotna jest również możliwość decydowania o wszystkim, co dotyczy mojej rodziny, możliwość mówienia o swoich potrzebach. To są fundamenty.

     

    Czyli z poczucia niezależności bierze się też umiejętność dostrzegania urody życia?

    Kobiety nierzadko są tak zajęte, że nie mają czasu celebrować swoich osiągnięć. Wszystkie swoje aktywności postrzegają w kategoriach obowiązków i wyzwań. Zaniedbują swoje przyjaźnie. Aby doświadczać urody życia, trzeba się umieć zatrzymywać. Trzeba uważnie żyć. Świat wciąż jest taki piękny!

     

     

    Aniu, serdecznie dziękuję Ci za kobiecą opowieść o pierwiastkach niezależności obecnych w życiu każdej z nas. 

     

     

    Anna Maruszeczko – kobieta niezależna, dziennikarka, była redaktor naczelna miesięcznika „Uroda Życia”, autorka książki „7 Dróg. W poszukiwaniu życiowej misji” wydanej nakładem naszej Fundacji. Autorka podcastu #Wojowniczki i Wojownicy (kliknij w link podcastu, aby przenieść się do świata Anny).[/et_pb_text][/et_pb_column]
    [/et_pb_row]
    [/et_pb_section]

Fundacja Kobieta Niezależna
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z plików cookie, abyśmy mogli zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o plikach cookie są przechowywane w przeglądarce użytkownika i służą do wykonywania funkcji, takich jak rozpoznawanie użytkownika po powrocie na naszą stronę i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla niego najbardziej interesujące i użyteczne.

Możesz dostosować wszystkie ustawienia plików cookie, poruszając się po kartach po lewej stronie.